Klient osiągnął swój cel. Był zadowolony. Sesje kończyły się z poczuciem lekkości i mocy sprawczej. Miał gotowy plan działania, był przekonany, że teraz „już pójdzie”.
Mijają tygodnie. Może miesiące. I wraca.
Z innym celem. W nowym kontekście. Ale Ty słuchasz… i czujesz znajomy rytm. Pod nowym słownictwem – stara walka. Za nowym planem – ta sama, blokująca reakcja.
Znasz to?
To nie jest przypadek.
To jest coachingowy efekt jojo.
I choć nie mówi się o nim głośno w środowisku coachingowym, to właśnie on decyduje o tym, czy Klient pójdzie naprawdę do przodu… czy tylko zatoczy kolejne pełne koło.
Czym jest coachingowy efekt jojo?
Coachingowy efekt jojo to nie chwilowy spadek motywacji. Nie „wymówka”. Nie sabotaż. I nie kwestia osobowości Klienta.
Za każdym razem, gdy Klient wraca do punktu wyjścia – mimo że proces wyglądał na udany – masz do czynienia z nierozpoznaną traumą.
Niezależnie od tego, czy pojawia się nowy temat, nowy cel, zmiana narracji czy nawet transformacja tożsamości – jeśli ciało Klienta nie uznało zmiany za bezpieczną, jego głęboki, biologiczny system ją cofnie.
To nie jest decyzja mentalna. To jest reakcja komórkowa.
Coachingowy efekt jojo może przyjąć różne formy – i przez to bywa trudny do uchwycenia. Ale głęboko pod spodem mechanizm jest zawsze ten sam: ciało nie zintegrowało zmiany, bo trauma nie została uwolniona.
Najczęściej zobaczysz to w jednym z trzech scenariuszy:
1. Klient wraca z nowym celem, ale ta sama historia emocjonalna i to samo przekonanie gra w tle.
Niby wszystko inne – ale rytm wewnętrzny bez zmian.
2. Klient wraca z nowymi przekonaniami i narracją, ale ciało wciąż „nie idzie”.
Zmiana się dokonała – ale tylko poznawczo. Emocje i autonomiczne reakcje z ciała wciąż stoją na przeszkodzie, by Klient mógł rzeczywiście w życiu rozwinąć skrzydła.
3. Klient wraca i wszystko wygląda „dobrze”. Nie ma blokujących przekonań, nie ma obciążających emocji – a jednak coś go zatrzymuje.
Tu objawia się efekt jojo w najtrudniejszej formie: reaguje ciało, choć Klient nie rozumie dlaczego. Nie potrafi tego nazwać. Nie czuje emocji. Ale nie może działać.
Coachingowy efekt jojo to zawsze sygnał: trauma pozostała aktywna. I będzie wpływać na wybory Klienta, dopóki nie zostanie rozpoznana na poziomie, na którym naprawdę żyje – czyli w pamięci komórkowej i biologicznej rzeczywistości Klienta.
Nie da się prowadzić Klienta trwale do przodu, jeśli nie rozpoznajesz głębokich reakcji ciała.
Nie da się integrować zmiany, jeśli nie znasz zasad, według których ciało wraca do wewnętrznego dobrostanu.
Nie da się ominąć traumy – nawet jeśli temat wygląda „już inaczej”.
Dlatego właśnie znajomość biologicznych i subkomórkowych mechanizmów traumy nie jest luksusem. Jest koniecznością.
Jeśli naprawdę chcesz, by Klienci nie wracali – ale szli coraz dalej w życie, coraz głębiej w siebie i coraz lżej po całości – nie wystarczy zmieniać narracji. Trzeba rozumieć ciało. Trzeba widzieć, co w nim jeszcze nie zostało blokuje i nie zostało uwolnione.
Trauma rozwojowa – czyli, co stoi za coachingowym efektem jojo i siedzi niżej niż tożsamość
W wielu nurtach coachingowych korzysta się z modeli logicznych poziomów zmiany – takich jak piramida, która zaczyna się od środowiska, przechodzi przez zachowania, umiejętności i przekonania… aż po wartości, tożsamość, a czasem misję, czy duchowość (przykład w kontekście biznesowym poniżej).
To bardzo przydatna mapa. Pomaga zobaczyć, na jakim poziomie aktualnie działa Klient, i co może się wydarzyć, jeśli przesuniemy proces o warstwę głębiej. Pomaga porządkować wewnętrzne decyzje i przekształcać opowieść o sobie.
W modelu wygląda dobrze, tylko że mimo Twojego sprawnego poruszania się z Klientem pomiędzy poziomami neurologicznymi Diltsa, coachingowy efekt jojo wciąż się pokazuje…
Dlaczego? Ponieważ nie wszystko, co żyje w Kliencie, da się ująć w tej strukturze.
Bo zanim Klient uwierzy, że „jest kimś” — jego ciało już zdecydowało, że „jest inaczej”.
W podejściu Zdrowej Pełni (i psychobiologii subkomórkowej) nie patrzymy na zmianę od poziomu „myśli w górę”.
Patrzymy w głąb – do biologii, która uruchamia cały system.
A im bardziej zanurzaymy się w biologię, tym bardziej dotykamy czegoś, czego w klasycznych modelach często nie widać:
pierwotnej decyzji o przetrwaniu.
To decyzja, której nie podjął umysł Klienta, tylko jego system komórkowy.
Jak to wygląda biologicznie?
W momencie traumy rozwojowej (nawet jeśli wydarzenie nie było drastyczne) ciało Klienta rejestruje, że coś niebezpiecznego się dzieje – lub że nie jest gotowe, by to przyjąć.
Z biologicznego punktu widzenia:
nić mRNA, która miała wynieść z jądra komórkowego instrukcję życia (czyli informację o ekspresji określonego genu),
na skutek uszkodzenia histonu utknęła w porze błony okołojądrowej.
Ta utknięta nić mRNA to właśnie komórkowy zapis traumy biograficznej (rozwojowej).
Każda taka nić traumy jest związana z konkretnym tonem emocjonalnym, automatyczną reakcją ciała i mentalnym obrazem (np. decyzją, czy przekonaniem).
Do takiej nici traumy „przyklejają się” rybosomy – jak drobne, biologiczne rejestratory. Każdy niesie ślad: tę samą myśl, emocję, decyzję, czy reakcję ciała, ALE obraz innych sytuacji życiowych.
I jeśli ten zapis nie zostanie uwolniony – to wszystko, co robisz jako coach „na górze piramidy Diltsa” może być logiczne, spójne, nawet transformujące…
…ale ciało i tak cofnie zmianę.
Bo nadal operuje na kodzie obronnym, który jest konsekwencją – wciąż żywej i cały czas rozgrywanej na poziomie komórkowym – traumy biograficznej.
Przykład: Klientka, która przyszła na coaching biznesowy
To była kobieta, która miała za sobą sukces start-upowy.
Zbudowała od podstaw świetnie funkcjonującą firmę, zebrała zespół, przyciągnęła inwestorów. Ale w kluczowym momencie zaufała partnerom biznesowym – i to oni doprowadzili do sytuacji, która zniszczyła cały projekt.
Kiedy przyszła na coaching, była w trakcie budowy kolejnego biznesu – również rokującego.
I chciała WIĘCEJ.
Wszystko wyglądało bardzo dobrze, ALE zespół uderzał w szklany sufit.
Mimo rosnącego potencjału, firma nie mogła przejść na wyższy poziom.
Dlaczego?
Bo Klientka – choć logicznie gotowa na rozwój – cieleśnie nie była gotowa na zaufanie.
Kontrolowała każdy szczegół.
Nie delegowała zadań o wysokim priorytecie.
Podejrzliwie analizowała intencje wspólników.
Odrzucała ryzykowne, ale przełomowe propozycje (nawet bez dyskusji, czy głębszego ich przeanalizowania).
Na poziomie umysłu: racjonalizowała to bezpieczeństwem, jakością, odpowiedzialnością.
Ale na poziomie ciała: każda decyzja, która zakładała zaufanie, uruchamiała alarm biologiczny.
Wystarczyła sytuacja współpracy, by włączył się nieświadomy kod: „Nikomu nie można ufać, nawet najbliżsi mnie skrzywdzą”.
Właśnie ten wzorzec – zakodowany pierwotnie jako decyzja o przetrwaniu – znajdował się na tkniętej nici traumy mRNA w jej pamięci komórkowej.
A każda kolejna biograficzna sytuacja zdrady, zawodu czy braku ochrony… tylko „doklejała” kolejne rybosomy do tej nici.
Dokładnie tak, jak widzisz to poniżej:
To nie są „losowe” sytuacje z dzieciństwa i dorosłości.
To kolejne odcinki tego samego zapisu biologicznego, który po raz pierwszy pojawił się na etapie rozwoju gamet (jeszcze w babciach, ale dla łatwiejszego zrozumienia na grafice pokazuję Ci moment z życia płodowego).
Na ilustracji widzisz rybosomy przyklejone do utkniętej nici mRNA – z każdą kolejną sceną, w której ciało Klientki poczuło:
„Nie jestem bezpieczna. Jeśli zaufam, zostanę zraniona.”
I właśnie dlatego – choć Klientka rozumiała sytuację, miała cele, miała motywację – ciało sabotowało zmianę.
Nie dlatego, że nie była gotowa, tylko dlatego, że… ktoś ją kiedyś zdradził, a system biologiczny nigdy nie dostał sygnału, że jest już inaczej.
Czy coaching ma szansę działać, skoro Klienci przychodzą z traumą (nawet jeśli tego tak nie definiują)?
Tak.
Jednak to ozacza, że coach potrzebuje czegoś więcej, jeśli chce pracować z Klientem naprawdę głęboko i skutecznie.
Bo to, co wygląda jak „sukces” (Klient czuje ulgę, działa inaczej, zmienia narrację), może być tylko chwilowym obejściem traumy i wąską adaptacją mechanizmów obronnych.
To jest różnica między:
pozorną lub chwilową zachowania,
a realną, głęboką zmianą Klienta.
Ta druga zaczyna się tam, gdzie kończy się większość narzędzi coachingowych – na poziomie biologicznym, w pamięci komórkowej.
A to, co zapisane w pamięci komórkowej staje się dla Twojego Klienta filtrem życia i jego projektorem jednocześnie.
I na tej podstawie ciało Klienta decyduje…
Nie na poziomie zachowania.
Nie na poziomie przekonania.
Nawet nie na poziomie emocji.
wartośći,
tożsamożci,
czy misji.
Ciało podejmuje decyzję o realnej zmianie dopiero wtedy, gdy uwolnisz zapis traumy i obciążeń z poziomu układu nerwowego, pamięci komórkowej i najgłębszych biologicznych mechanizmów ochronnych.
Dlatego w pracy z Klietami, którzy w coachingu pokazują przejawy traumy rozwojowej, potrzebujesz narzędzi, które czytają sygnały z poziomu, gdzie nie ma już narracji.
Gdzie reakcja dzieje się zanim pojawi się myśl.
Gdzie „nie mogę” nie jest decyzją, tylko kodem w systemie, który kiedyś musiał przetrwać.
I jeśli nie zejdziesz z Klientem biologicznie głęboko (do pamięci komórkowej), możesz wpaść w pułapkę jednego z trzech coachingowych efektów jojo:
Pierwszy typ efektu jojo: te same przekonania – nowy kontekst
Zdarza się, że Klient kończy cykl coachingowy z poczuciem sukcesu. Widoczne są zmiany. Podejmowane są decyzje, które wcześniej blokował lęk. Zmienia się sposób działania, komunikacji, funkcjonowania w relacjach lub strukturze firmy.
Na pierwszy rzut oka — to znak, że proces zadziałał.
A jednak, po pewnym czasie Klient wraca.
Z nowym celem.
W nowej sytuacji.
Ale… z tym samym starym wzorcem.
Wchodzi w nową dynamikę — jednak napotyka te same ograniczenia poznawcze, emocjonalne, cielesne.
Mimo wcześniejszych postępów — pojawiają się identyczne reakcje, tożsame mechanizmy obronne, dobrze znane „wewnętrzne płyty”, które już kiedyś, wydawało się, zostały zdjęte z odtwarzacza.
To właśnie pierwszy typ coachingowego efektu jojo:
te same przekonania – nowy kontekst.
Przykład Klientki – ciąg dalszy
Klientka, o której wspominałam wcześniej, wraca po kilku miesiącach od zakończenia współpracy z coachem.
W pierwszym cyklu coachingowym Klientka pracowała nad mikrozarządzaniem i zatorami, które sama generowała w firmie, trzymając kontrolę nad każdym szczegółem. To, co nie pozwalało jej odpuścić i przekazać odpowiedzialności, opierało się na głęboko zakorzenionym przekonaniu: „Nie mogę ufać. Jeśli oddam stery, wszystko się rozpadnie.” Towarzyszyło temu napięcie, wewnętrzny niepokój i silna potrzeba kontroli.
W toku procesu udało się jej podjąć decyzję o przekazaniu części kluczowych obowiązków zaufanemu pracownikowi. Firma zaczęła działać sprawniej, a ona sama zyskała przestrzeń na podejmowanie decyzji strategicznych. Na sesjach mówiła wprost, że z tej konkretnej osobie może zaufać i czuła ulgę, że nie wszystko już spoczywa na jej barkach.
Kilka miesięcy później wróciła po kolejny cykl coachingu. Tym razem temat dotyczył negocjacji z inwestorami, którzy byli gotowi zainwestować duże środki w rozwój jej firmy. To był przełomowy moment. Ale zamiast podjęcia decyzji — Klientka zaczęła przeciągać rozmowy, odsuwać spotkania, kwestionować nawet logiczne i sensowne założenia.
W rozmowie z coachem znów pojawiło się dokładnie to samo: „Nie mogę ufać. Jeśli to oddam, oni to zmienią tak, że wszytsko, co „moje” się rozpadnie — już nie rozpoznam w tym swojej firmy. A potem będzie mnie łatwo wymienić.” Towarzyszyło temu napięcie w brzuchu, wstrzymany oddech i lęk, którego nie potrafiła zracjonalizować.
Zmienili się Ludzie. Zmienił się temat. Ale reakcja — na poziomie ciała, przekonania i odruchu emocjonalnego — wróciła w niemal identycznej formie, bo była oparta na tej samej nici traumy.
Dlaczego tak się dzieje?
Dlaczego te same przekonania wracają, choć już miało ich nie być?
Możliwa przyczyna 1:
Coach prowadził proces na swojej energii.
To on był katalizatorem.
Motywatorem.
I – możliwe, że nieświadomie – „popychaczem”.
To z nim Klientka była w stanie czuć się bezpiecznie, ufać i podejmować ryzyko.
Po zakończeniu procesu – struktura, rytm, obecność – znikają wraz z coachem.
A Klientka wraca do starych reakcji.
Nic nie zmieniło się biologicznie.
Tymczasowa zmiana zachowania nie była skutkiem wewnętrznej transformacji, tylko adaptacją do obecności coacha.
Możliwa przyczyna 2:
Coach przepracował sytuację, a nie traumę.
Przykład: podczas pierwszego cyklu Klientka pracowała z oporem, który pojawiał się przy próbie oddelegowania odpowiedzialności.
Na poziomie wspomnień – był związany z doświadczeniem zdrady przez bliską koleżankę w szkole (patrz wcześniejsza grafika z traumą biograficzną Klientki).
Tamten kontekst – został „rozpuszczony”.
Zniknął jeden rybosom.
Ale pozostała cała nić mRNA traumy – z jej innymi zapisami sytuacyjnymi z życia.
Teraz sytuacja z inwestorami uderza głębiej.
Nie chodzi już o zawiedzione zaufanie do koleżanki.
Aktywuje się zapis, który powstał w życiu płodowym.
Gdy Klientka była w brzuchu matki – jej ciało doświadczało jednocześnie karmienia i zatruwania.
Matka piła alkohol.
Dawała i krzywdziła jednocześnie.
To zostawiło ślad.
Zapis: „nie mogę ufać tym, którzy mnie karmią” – nadal działa.
Dlatego Klietka w kontakcie z inwestorami (którzy dają, czyli niejako „karmią” w tej obecnej sytuacji) uruchamia w ciele traumatyczne reakcje i czuje, że to co otrzyma ją skrzywdzi, toksycnznie zmieni, że rozpadnie się to, co sama budowała.
Jest to nieświadome (bo przecież nie odpamiętane z życia płodowego) rzutowanie zapisu traumy na obecną sytuację. Zapis tej nici traumy staje się filtrem i projektorem w postrzeganiu sytuacji z inwestorami.
I tak długo, jak długo odzywa się ta biologicznie zapisana trauma, żadne racjonalne argumenty nie mają znaczenia.
Możliwa przyczyna 3:
Coach sięgnął naprawdę głęboko.
Pracował z traumą biograficzną.
Może wzbogacił swoje sesje coachingowe o narzędzia somatyczne, energetyczne, semantologię, EFT lub inne…
I rzeczywiście doszło do usunięcia całej nici traumy biograficznej z pamięci komórkowej.
Ale to nie koniec historii.
Część traum – zwłaszcza te o silnym ładunku emocjonalnym – posiadają w pamięci komórkowej swoje zapasowe kopie danych.
To nie jest metafora.
To konkretna struktura biologiczna, która – w sprzyjających warunkach (często przy cichym atawistycznym lęku) – może przywrócić zapis, nawet jeśli wcześniej został usunięty.
U Klientki – kilka tygodni po zakończeniu procesu coachingowego – doszło do zdarzenia, które samo w sobie nie miało dla niej większego znaczenia.
Ktoś wszedł do biura, Bez pukania. Podniósł głos. Było już po godzinach. Za oknem ciemno. Ona była zmęczona. Nikogo się nie spodziewała. Myślała, że jest w firmie sama; bezpieczna, ale…
To zdarzenie w jej ciele uruchomiło reakcję zagrożenia.
I zapis wrócił.
Nie dlatego, że coś poszło źle.
Tylko dlatego, że tak działa pamięć komórkowa, a coach o tym nie wiedział, więc stosowane przez niego narzędzia, choć sięgnęły zapisu traumy, to nie sięgnęły jej zapasowej kopii danych…
Drugi typ efektu jojo: nowy cel, nowy kontekst, nowe przekonania – stara blokada emocjonalna i w ciele
Nie wszystko wraca tak samo. Czasem naprawdę coś się zmienia — głęboko i trwale.
Zmieniasz sposób myślenia, uczysz się „nowego”, budujesz zdrowsze relacje, zyskujesz poczucie wpływu. Przeszłaś już ten proces. Zadziałało. W jednej sferze życia wszystko zaczyna funkcjonować lepiej.
I wtedy pojawia się coś nowego. Nowa sytuacja. Nowe wyzwanie. Nowy cel.
– Nowy projekt z dużą ekspozycją.
– Nowy partner, który naprawdę chce bliskości.
– Nowa możliwość finansowa, która wymaga oddania kontroli.
Na poziomie mentalnym jesteś gotowa.
Na poziomie strategii — masz wszystko, co trzeba.
Na poziomie działania — robisz kroki.
Ale… ciało reaguje tak, jakby było z powrotem w starej rzeczywistości.
Zaciśnięty brzuch. Uścisk w gardle. Bezdech. I dziwna, niepasująca do sytuacji panika.
Mimo że nie myślisz już jak kiedyś,
mimo że działasz inaczej,
to nagle zderzasz się z czymś, co w ogóle nie powinno już być aktywne.
To drugi typ efektu jojo.
Nie dlatego, że „znowu to samo”.
Ale dlatego, że coś starego — nadal żyje w Tobie.
Nawet jeśli przecież „już to przepracowałaś”.
Coś, czego nie widać na poziomie przekonania. Ani działania.
Ale co wciąż kontroluje reakcję biologiczną.
I jeśli to znasz…
Jeśli rozpoznajesz w swoich sytuacjach z życia…
To nie zdziwi Cię, że tego efektu jojo doświadczają także Klienci coachingowi.
Przykład z życia c.d.: Klientka i inwestorzy
Klientka przez wiele lat funkcjonowała w trybie nadmiernej kontroli. Bliscy, współpracownicy, partnerzy – wszyscy odbierali ją jako osobę silną, decyzyjną, niezależną i dominująco-kontrolującą.
Ale pod spodem krył się lęk: jeśli odpuszczę kontrolę, to wszystko się rozpadnie i zostanę skrzywdzona.
Po pracy z coachem zmieniła pierwotne przekonania. Zamiast „nie mogę ufać nikomu” pojawiło się „mogę ufać tym, któych wielokrotnie sprawdziłam… i świat się nie zawalił”.
I rzeczywiście — w życiu zawodowym Klientka zaczęła delegować odpowiedzialność. Coraz szerzej, bo coraz więcecj miała sytuacji, kiedy na „mniejszych próbkach” sprawdzała, co i komu może oddelegować i z jakim efektem się to w życiu spotyka.
Zaufała zespołowi. Było lżej. Sprawczość osiadła głębiej. Zmiana działała.
Ale kiedy pojawił się temat rozmów z inwestorami, wrócił stary lęk. Choć z zewnątrz zachowanie Klientki nie było tak kontrolujące jak kiedyś, to w ciele znów pojawił się ścisk w brzuchu, napięcie w przeponie, zatrzymany oddech.
A na poziomie wewnętrznym — nawrót wątpliwości:
– „czy to się opłaca?”,
– „czy nie stracę wszystkiego, co zbudowałam?”,
– „czy nie zostanę z niczym?”.
Nowe przekonanie przestało działać.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo nowy cel i nowe przekonania to jeszcze nie wszystko. Jeśli blokada została tylko „przykryta” mentalną narracją, ale w ciele nadal zapisany jest stary wzorzec emocjonalno-biologiczny, to właśnie on uruchomi się w sytuacji nieznanej, intensywnej, z silnym ładunkiem niepewności.
Dlaczego tak się dzieje – na poziomie biologii?
Zobaczmy dwie główne przyczyny, z którymi spotykamy się w psychobiologii subkomórkowej:
PRZYCZYNA 1: Bakterie kalkujące zasób
Co zrobił coach?
Coach wykonał solidną pracę. Użył technik zmiany przekonań, pomógł Klientce odnaleźć wspierające doświadczenia, zakotwiczyć zasób i zbudować nową narrację: „Mogę ufać. Już to robiłam. Mam na to dowody.”
Zadziałało — dopóki Klientka działała w kontekście, w którym miała już potwierdzoną skuteczność nowej strategii (np. delegowanie obowiązków pracownikom).
Ale przy nowych sytuacjach – z większą stawką, emocjonalnym ryzykiem i brakiem wcześniejszych doświadczeń – ciało zaczęło reagować tak, jakby nowa zmiana nie miała miejsca. Wrócił ścisk w brzuchu, napięcie i niepokój.
Co działo się biologicznie?
Z punktu widzenia psychobiologii subkomórkowej – trauma (np. związana z brakiem ochrony, zdradą, wykorzystaniem) zostawia po sobie zapis w ciele. Nie tylko w postaci pamięci emocjonalnej, ale też na poziomie komórkowym.
W wielu przypadkach do tej nici traumy dołączają się mikroorganizmy komórkowe (np. bakterie wewnątrzkomórkowe). Kiedy Klientka – już w dorosłości – próbuje wprowadzić zmianę, taka bakteria może „skalkować” ten nowy zasób. Co to znaczy?
To znaczy: przestaje zachowywać się jak zagrożenie. Przystosowuje się do nowego środowiska chemicznego, jakie tworzy zmienione przekonanie. Organizm nie widzi jej już jako intruza. Nie uruchamia reakcji obronnych. A więc bakteria pozostaje.
Co gorsza: przeżywa, namnaża się, dostaje biologiczny glejt nietykalności. I nawet jeśli nowa narracja działa mentalnie, to w ciele pozostaje przewlekła infekcja ukryta za zasobem.
Efekt?
Wystarczy sytuacja z nowym poziomem stawki (np. inwestorzy, partner biznesowy, emocjonalnie trudna relacja), by stara nić traumy została reaktywowana, a bakteria – wcześniej uśpiona – znów zaczęła wpływać na ciało. Organizm reaguje napięciem, lękiem, zaburzoną regulacją, czasem także objawami somatycznymi lub stanem zapalnym.
To nie błąd coacha – wielu coachów nie posiada wiedzy o pamięci komórkowej i biologicznych, głębokich mechanizmach zmiany. Zatem nawet kiedy robią „wszytsko dobrze” zgodnie z metodologią, w której pracują, wciąż mogą bazować na biologicznych mechanizmach, któe w istocie obciążają biologię Klientki i jej ciało.
To biologiczna luka w systemie, która pozwala na to, by bakterie wciąż (i to bezkarnie) wpływały na reakcję organizmu.
PRZYCZYNA 2: Bakteryjne pętle myślowe
Co zrobił coach?
Coach poprowadził proces zmiany przekonania. Użył skutecznego narzędzia — 6-stopniowej procedury Diltsa — i pomógł Klientce zbudować nową strategię działania. W efekcie Klientka zaczęła delegować odpowiedzialność zespołowi. Czuła się dojrzalsza, bardziej świadoma, przekonana, że zmieniła sposób myślenia. I rzeczywiście — zmiana zaszła. Ale polegała na nadpisaniu treści w mechanizmie obronnym, a nie w rzeczywistej zmianie źródłowego problemu.
Co działo się biologicznie?
W psychobiologii subkomórkowej mówimy o bakteryjnych pętlach myślowych — to biologicznie utrwalone mechanizmy obronne, zakodowane przez mikroorganizmy w strukturach komórkowych. Zapisane są one najczęściej w pobliżu miejsca, gdzie doszło do urazowego zdarzenia, np. w cytoplazmie lub strukturach okołojądrowych.
Te bakterie nie „myślą” w ludzkim rozumieniu — ale odtwarzają zakodowany i powtarzający się ciąg pól elektromagnetycznych, któe ludzki organizm czyta, jako wewnętrzne myśli, a który funkcjonuje jak automatyczna, nawracająca pętla.
To właśnie ona — a nie czyste „przekonanie” — decyduje, jakie myśli pojawiają się w reakcji na bodziec, zanim jeszcze dotrą do świadomości.
I co ważne:
👉 pętla nie zawiera treści traumy, tylko sposób unikania jej odczuwania. Po to taka pętla myślowa powstaje, bo kiedy Człowiek koncentruje się na tych „zastępczych” myślach, to świadomie nie dotyka emocji i reakcji w ciele, które są za trudne. Pętla mimo tego, że zabiera spokój umysłu, pozwla ominąć jeszcze trudniejszych reakcji emocjonalnych i cielesnych.
👉 zmiana myśli nie przerywa pętli, tylko może ją nadpisać bardziej akceptowalną wersją.
Jak to wyglądało u Klientki?
Wyjściowa pętla myślowa Klientki wyglądała mniej więcej tak:
nie mogę nikomu ufać, w końcu Ludzie to debile
jak oddam odpowiedzialność, to zrobią inaczej, niż chcę
nawet jakby się starali, to i tak popełnią jakieś głupie błędy
i to się skończy problemami
albo jakąś większą katastrofą
wówczas i tak ja będę musiała to naprawiać
więc skończy się na tym, że sama będę musiała to zrobić
a jeszcze do tego będę miała więcej roboty
jak od początku zrobię to sama, to przynajmniej uniknę dodatkowej pracy
i zrobię to szybciej
i lepiej niż inni
i dobrze, niech tak będzie, w końcu i tak nie mogę nikomu ufać, bo Ludzie to debile
To zapętlony mechanizm obronny, który w obszarze pamięci komórkowej wytworzył się spontanicznie poprzez życie z udziałem bakterii i miał chronić Klientkę przed emocjonalnym bólem starej traumy (związanej z zawiedzionym zaufaniem do bliskich). Tak długo, jak Klientka boksuje się z tymi myślami, tak długo nie musi dotykać jeszcze trudniejszej reakcji emocjonalnej i cielesnej związanej z traumą…
Problem w tym, że:
🔁 ta pętla nie była świadoma (była już na tyle zautomatyzowana, że Klientka miała świadomy dostęp do ostatnich 2-3 myśli),
🔁 trauma nie została rozpoznana,
🔁 reakcja ciała nadal ją „pamiętała”.
Co się wydarzyło w coachingu?
Coach poprowadził 6-stopniową procedurę zmiany przekonania. Klientka zbudowała nowy sposób myślenia, który brzmiał mniej więcej tak:
nie mogę nikomu ufać, bo Ludzie to debile (pierwsza myśl w pętli została taka sama, bo była związana z traumatyczną treścią zapisaną w pamięci komórkowej)
ale jeśli nie oddeleguję odpowiedzialności, to będę żyć tylko pracą, a ostatnia wizyta na ostrym dyżurze pokazuje, że to nie jest dobra ścieżka
a przecież chcę rozwijać siebie i frirmę
i jeszcze nikt nie zbudował wielomilionowej firmy, robiąc wszystko sam
to strata mojego czasu
więc może mogę przetestować to zaufanie
tylko w małych dawkach i uustawiając punkty kontrolne, żeby zareagować zanim ktoś wpakuje firmę na minę
zawsze przecież mogę sprawdzać i wspierać zespół po drodze — oni wykonają pracę, a ja będę mieć spokojną głowę
mogę zaufać — może nie każdemu od razu, ale stopniowo
i mogę sprawdzać, kto na jakie zaufanie zasługuje
Z czasem — i przy kilkukrotnym powtórzeniu w życiu ze wsparciem narzędzi coachingowych, które te życiowe doświadczenia nadpisują na starej pętli myślowej — ta nowa ścieżka myślowa się zautomatyzowała.
Klientka mówiła: „Łatwiej mi delegować zadania i odpowiedzialności. W sumie to ufam moim ludziom, bo już wielokrotnie ich sprawdziłam. Wiem, co i komu mogę powierzyć. To już nie jest moje wąskie gardło, więc mogę się skupić na bardziej strategicznych zadaniach.”
I miała rację.
Ale to była nadpisana wersja tego samego mechanizmu obronnego. Pętla nadal omijała traumatyczne jądro, a bakterie nadal były aktywne. Zamiast dezaktywacji — doszło do adaptacji.
Biologiczna konsekwencja?
Nadpisana pętla myślowa może funkcjonować przez długi czas — i wystarcza aż do momentu, gdy pojawi się silniejsze zdarzenie.
Do tego czasu pozwala Klientce delegować we „względnym zaufaniu” (w wykonaniu i z punktami kontrolnymi, wciąż mamy do czynienia ze zmodyfikowaną strategią w myśl któtej „kontrola jest najlepszą formą zaufania”). Jednocześnie wciąż działająca na poziomie pamięci komórkowej pętla myślowa pozwala omijać emocjonalne przeżywanie traumy „nie mogę nikomu ufać, bo nawet najbliżsi mnie krzywdzą”.
Jednak nawet tak zmodyfikowany mechanizm obronny – z nadpisanymi treściami – nie wystarcza, gdy pojawia się interakcja z potencjalnymi inwestrami. Wówczas cały biologiczny pakiet – trauma + mikroorganizmy – uruchamia się w pełni, a Klientka doświadcza „niewytłumaczalnego” efektu jojo.
Trzeci typ efektu jojo: nowy cel, nowy kontekst, nowe przekonania – niezrozumiała blokada
To najtrudniejszy – i dla Coacha, i dla Klienta – rodzaj efektu jojo. Bo w tym przypadku wszystko powinno działać.
Klient przychodzi na sesję zadowolony. Zainspirowany.
Ma nowe cele. Świeżą energię. Jasność.
Poprzednio zrobił kawał dobrej roboty. Uporządkował i przedefiniował przekonania, przebudował tożsamość, doprecyzował misję. Na papierze – i w umyśle – wszystko się zgadza.
Ale w życiu, a szczególnie w nowym kontekście, z jakim Klient chce pracować… nie działą tak, jak powinno.
Klient nie robi tego, co przecież sam wybrał i pod czym się obiema rękoma podpisuje. Sabotuje działania, które – jak mówi – są zgodne z nim. Zamiast tego „zamraża się”, grzęźnie w tym samym miejscu, prokrastynuje, zapomina…
To nie jest bunt przeciwko zmianie.
To niemy mur, którego nikt się nie spodziewa.
Coach próbuje dotrzeć do źródła i… ale tutaj znowu wszystko wygląda dobrze. Nowe przekonania są spójne. Poziomy tożsamości i misji – także. Wydaje się, że nie ma już nic do przepracowania.
A jednak… Klient nadal nie działa. I co gorsza – nie rozumie, dlaczego.
Coach – często też nie.
Przykład z życia c.d.: Klientka i inwestorzy
Kilka miesięcy po zakończeniu pierwszego cyklu coachingowego Klientka wraca z nowym celem. W międzyczasie firma się rozwinęła. Delegowanie działa.
Zespół pracuje stabilnie, a ona odzyskała czas — i radość z prowadzenia biznesu.
Teraz chce wejść w kolejny etap: pozyskać inwestorów.
Mówi jasno: ufam Ludziom, nie muszę chorobliwie kontrolować, chcę tej zmiany i czuję, że to dobry moment, żeby wraz z firmą wypłynąć na szerokie wody.
W rozmowie z coachem brzmi spójnie.
Jej przekonania są wspierające.
Tożsamość — zintegrowana.
Misja — jasno określona i nadal żywa.
Nie ma żadnych rozjazdów ani napięć.
Ani Coach, ani Klientka nie znajdują niczego, co wymagałoby korekty.
A jednak…
Proces pozyskiwania inwestorów stoi w miejscu.
Klientka mówi: „Z ręką na sercu — to wszystko powinno się zamknąć półtora miesiąca temu.
Sama nie rozumiem, dlaczego to przeciągam.”
W praktyce terminy spotkań są przekładane. Maile — pisane, ale nie wysyłane. Spotkania — odwoływane w ostatniej chwili.
Zachowanie Klientki nie pasuje do tego, co mówi.
I nie pasuje do tego, w co szczerze wierzy.
Dlaczego tak się dzieje?
To trzeci typ efektu jojo — ten, który potrafi oszukać nawet najbardziej świadomych Klientów i doświadczonych Coachów.
Nie ma już żadnego wewnętrznego, świadomego konfliktu, który można by odkryć pytaniem.
Nie ma przekonań, które wymagają zmiany.
Nie ma sprzeczności w poziomach Diltsa.
Na poziomie mentalnym i tożsamościowym wszystko gra.
A mimo to proces staje w miejscu. I „nie da się” ruszyć dalej.
Dla Klientki to jest niezrozumiałe i frustrujące.
Dla coacha — często też.
Bo narzędzia przestają działać.
A efekt… nie przychodzi.
I „nie wiadomo dlaczego”…
Co wcześniej zrobił coach?
W poprzednim cyklu Klientka pracowała na temacie delegowania.
Pod spodem był głęboko zakorzeniony lęk:
„Nie mogę nikomu ufać, bo wszystko, co zbudowałam, zostanie zniszczone.”
Ten lęk opierał się na jeszcze głębszym, komórkowym zapisie traumy: nie mogę ufać Ludziom, bo nawet najbliżsi mnie krzywdzą.
Coach zastosował narzędzie The Work (Byron Katie), prowadząc Klientkę przez 4 pytania i odwrócenia:
Czy to prawda?
Czy możesz mieć absolutną pewność, że to prawda?
Jak reagujesz, gdy wierzysz w tę myśl?
Kim jesteś bez tej myśli?
Następnie odwrócenie, np.:
„Mogę ufać ludziom. Nie zniszczą tego, co buduję.”
Praca ta doprowadziła do realnego dystansu wobec pierwotnego lęku.
Pojawiła się ulga, przestrzeń, zmiana działania.
Delegowanie zaczęło działać. Firma ruszyła do przodu.
Tak samo mogły zadziałać inne narzędzia bazujące na dysocjacji, np.:
– techniki reframingu,
– zmiana linii czasu,
– praca z częściami,
– proceduralne procesy zmiany przekonań.
Wszystkie te metody mają wspólny mianownik:
pomagają spojrzeć na temat z dystansu, zmieniając jego interpretację lub semantykę.
Ale nie dotykają bezpośrednio biologicznego zapisu traumy.
Co zadziało się biologicznie?
Choć w głowie Klientki stare przekonania już nie istnieją,
w ciele i na poziomie pamięci komórkowej — pozostał pierwotny zapis traumy.
Klientka nie myśli już: „Nie mogę ufać”.
Nie czuje też strachu.
Ale ciało nadal pamięta. Trauma jest wciąż aktywna i jedynie co bardziej śwaidomi Klienci rozpoznają ją w reakcji ciała (bo po wcześniejszej, kierowanej dysocjacjji tylko poprzez instynktowne reakcje mają do niej dostęp).
Może się zatem pokazać, jako:
– ten sam ścisk w przeponie,
– to samo odruchowe wycofanie,
– ten sam mikrooddech na myśl o oddaniu kontroli.
– to samo podniesienie temperatury,
– tak samo spocone ręce,
– etc.
I nawet jeśli racjonalnie ma wszystkie powody, by działać —
ciało nie chce tego zrobić.
Bo w biologii, na poziomie podprogowego odczucia, ten ruch nadal oznacza zagrożenie.
Jak już pewnie widziesz, to jeden z najtrudniejszych przypadków coachingowego efektu jojo.
Nie ma już starej historii.
Nie ma już starej, trudnej emocji.
Nie ma już starego przekonania.
Ale zmiana — nie następuje.
Bo trauma, która została „przepracowana” tylko poznawczo,
pozostała nietknięta w pamięci komórkowej.
I z tego poziomu wpływa na mikrodecyzje, zachowania, rytm działania.
Tak subtelnie, że ani Klient, ani często Coach nie wiedzą, skąd bierze się opór.
To właśnie dlatego kolejny krok się nie wydarza —
nawet jeśli cała struktura Klienta mówi: „Chcę. To ma sens. Jestem gotowa.”
Cicha cena coachingowego efektu jojo: co się dzieje, gdy nie wiesz, że to on
Efekt jojo w coachingu nie zawsze wygląda jak dramatyczne cofnięcie. Jak już wiesz, przyjmuje rózne formy, ale nawet kiedy wygląda jak subtelne utknięcie – niedopowiedziane, nierozpoznane, nieuświadomione – jego koszty są realne i bardzo wysokie. Cenę płacą: zarówno osoba, która szuka zmiany, jak i dla specjalista, który jej w tym towarzyszy….
Koszty dla Klienta:
- Poczucie winy i porażki: „Przecież wszystko było na dobrej drodze… Czemu znowu się cofam? Co jest ze mną nie tak?”
- Utrata zaufania do siebie: Skoro był progres, było działanie, była ulga — to czemu znów jest ciężko?
- Wzmacnianie starych mechanizmów: Niezauważona trauma lub mechanizm obronny zaczynają działać mocniej, bo Klient „wrócił” do poprzednich reakcji.
- Utrwalenie przekonania, że zmiana jest krótkotrwała: „Widocznie tak już mam. Nigdy się naprawdę nie zmienię."
- Zmęczenie i wypalenie pracą nad sobą: szczególnie, gdy coachingowy efekt jojo powtarza się po kilku różnych procesach lub programach.
Koszty dla Coacha:
- Utrata Klienta: Klient przestaje wierzyć, że Coach ma narzędzia, aby mu pomóc, więc poszukuje dla siebie innego specjalisty
- Wypalenie zawodowe: szczególnie u Coachów, którzy pracują głęboko, a mimo to mają poczucie, że „coś ciągle nie docierają” lub zmiany nie są trwałe.
- Ryzyko utwierdzenia Klienta w błędnej interpretacji: np. „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Muszę się bardziej starać”, „Widocznie potrzebuję więcej pracy nad sobą” — zamiast zauważenia, że działa zapis biologiczny lub struktura obronna.
- Spadek zaufania do własnych narzędzi: zaczynają pojawiać się pytania, czy to narzędzie zadziałało, czy może klient „tylko powiedział to, co chciałam usłyszeć”.
Efekt jojo to nie brak postępu. To sygnał, że pod spodem działa coś, czego jeszcze nie rozpoznaliśmy.
Jeśli coach nie ma wiedzy o tym mechanizmie — zmiana będzie powierzchowna, a prawdziwa trauma pozostanie nienazwana, aktywna i sterująca z głębi ciała.
Coaching to mocne narzędzie zmiany. Ale bez zrozumienia biologii, może nie sięgnąć tam, gdzie ciało wciąż pamięta.
Jeśli czujesz, że niektóre zmiany Twoich Klientów są nietrwałe.
Jeśli czujesz, że czasem „wszystko gra” – a jednak coś się wycofuje.
Jeśli chcesz umieć rozpoznać coachingowy efekt jojo, zanim się rozkręci – i wiedzieć, jak z nim pracować…
…to Szkoła Terapii Psychobiologii Subkomórkowej wychodzi na przeciw właśnie Tobie… a remadia na coachingowy efekt jojo dostajessz w niej już podczas ROKU ZERO.
Bez oderwania od życia.
Bez udawania, że wszystko można rozbroić jednym narzędziem.
Z pełnym szacunkiem do biologii Człowieka i mechanizmów, które go chronią.
Bo prawdziwa zmiana zaczyna się tam, gdzie kończy się walka.




