Twoje ciało nauczyło się działać w napięciu. Mobilizacja stała się Twoim codziennym stanem — tak naturalnym, że nawet nie zauważasz, ile Cię kosztuje.
Kiedyś to napięcie dawało Ci siłę — chroniło przed upadkiem, porażką, pustką. Teraz stało się Twoją drugą skórą. Trzymasz się w pionie, bo nie wiesz, co by się stało, gdybyś na chwilę odpuścił/-a. Ale zmęczenie jest coraz dotkliwsze…
że jesteś niezawodny/-a. Kompetentny/-a. Silny/-a. Zawsze ogarniasz, dowozisz, działasz — nawet ponad siły.
Dla niektórych Twoje życie wygląda jak pasmo osiągnięć, planów, skuteczności. Ale wewnątrz… jest zmęczenie, którego nie da się wytłumaczyć. Jest napięcie, które nie schodzi nawet w nocy. Jest poczucie, że cokolwiek zrobisz — to nigdy nie będzie dość.
A kiedy przez chwilę wszystko ucicha… czujesz pustkę, której boisz się bardziej niż presji.
Wtedy lepiej coś zrobić. Jeszcze coś zaplanować. Jeszcze raz się spiąć. Jeszcze raz… dowieźć.
Różnie w zależności od sfery życia — ale generalnie możesz zauważyć pewne tendencje i charakterystyczne rysy w tym, jak przeżywasz emocje, myśli, reakcje z ciała, a nawet objawy zdrowotne…

Twoje emocje żyją pod napiętą powierzchnią. Na co dzień bywają przytępione, bo nie ma kiedy ich czuć.
Może masz wrażenie, że „kiedyś czułam/-łem więcej”, ale teraz nie masz już do nich takiego dostępu.
Zdarza się, że wybuchasz – ale to raczej skumulowane napięcie niż świadoma złość.
Czasem po wszystkim nawet nie wiesz, co właściwie czujesz – poza zmęczeniem, irytacją albo pustką.
Wewnętrznie często masz poczucie, że Twoje emocje są „niewygodne”, bo nie mieszczą się w planie dnia. Lepiej więc odsunąć je na później…
…tylko że „później” nigdy nie nadchodzi.
Jeśli jednak ujrzą światło dzienne, to często nie wiesz, jak sobie z nimi poradzić – są dla Ciebie „za dużo”, „za mocno”, „nie tak”.
Wtedy w odpowiedzi zazwyczaj pojawia się tak dobrze znane odcięcie, zamulenie lub odrętwienie. Niby szkoda, ale jednak przyjmujesz je z ulgą, bo można znowu skupić się na tym, jak dowieźć. Nie trzeba też czuć tego wewnętrznego rozdygotania.

Twoje myśli są zadaniowe, szybkie, osadzone w działaniu. Gdy zatrzymujesz się na chwilę – myślisz, co jeszcze trzeba zrobić. Zamiast ciszy – lista zadań. Zamiast snu – analiza.
Masz doskonałą zdolność „ogarniania” i przewidywania, ale często w głowie słyszysz też wewnętrznego krytyka: „weź się w garść”, „nie marudź”, „inni dają radę”.
Gdy pojawia się trudność, w pierwszym odruchu szukasz rozwiązania – dopiero potem czujesz (albo nie czujesz wcale).
Możesz też doświadczać wielu krytycznych mysli w kierunku innych Ludzi – szczególnie jeśli nie ogarniają tak, jak oczekujesz, lub gdy musisz „się z nimi użerać”.

Ciało? Jest z Tobą tylko wtedy, gdy się buntuje. Na co dzień traktujesz je bardziej jak narzędzie do realizacji celów – musi „działać”. Często masz spięte plecy, kark, ramiona – ale nawet tego nie zauważasz, dopóki nie boli.
Zdarza Ci się zapomnieć o jedzeniu. Albo przesiedzieć pół dnia bez ruchu – bo jesteś w zadaniu. A potem czujesz się, jakby ciało było nie Twoje: ciężkie, obce, przemęczone.
Gdy się zatrzymujesz, często pojawia się drżenie, ucisk w klatce, ściśnięty żołądek – i to przeraża. Więc znowu wracasz do działania, bo wtedy przynajmniej wszystko „działa”.
Twoje ciało żyje w trybie gotowości. Możesz doświadczać:
– częstych bólów głowy,
– napięciowych migren,
– problemów gastrycznych (jelita, żołądek),
– bezsenności lub wybudzania się nad ranem,
– spadków energii, które są jak zderzenie ze ścianą,
– obniżonego libido.
Możesz też mieć okresy, gdy funkcjonujesz „na wysokich obrotach”, a potem nagle coś się wyłącza — i czujesz się jak zgaszona żarówka.
Możliwe także, że sięgasz po używki, które stawiają Cię na nogi i „pomagają przetrwać”, ale zostawiają Twoje ciało z toksycznym przeciążeniem.
Funkcjonujesz w dwóch trybach. Albo:
Działasz. Z kalendarzem, listą zadań i planem awaryjnym, jeśli coś pójdzie nie tak.
Masz milion rzeczy na głowie, ale jakoś to wszystko spinasz.
Kiedy ktoś pyta „jak dajesz radę?”, uśmiechasz się krótko i mówisz: „Po prostu trzeba”.
Dowozisz. Ogarniasz. Wciskasz pauzę na siebie, bo są rzeczy ważniejsze.
W pracy jesteś tą osobą, na której można polegać. W domu też.
Nikt nie widzi, że czasem robisz coś ostatnim tchem.
Potrafisz zmobilizować się ponad siły, zwłaszcza gdy coś „się pali” albo trzeba kogoś ratować.
Zdarza Ci się robić coś „na wczoraj” – z perfekcją, ale kosztem siebie.
Wieczorem czujesz, że jesteś już na rezerwie – ale rano znowu wstajesz i działasz.
Masz wrażenie, że „nie masz wyjścia” – że ktoś musi to wszystko trzymać w kupie, a Ty jesteś tą osobą.
ALBO:
Potem przychodzi moment, kiedy już nie dajesz rady. I wtedy: znikasz.
Nie odbierasz telefonu. Odpowiadasz „po czasie” albo wcale.
Patrzysz w ekran, ale nie czytasz. Leżysz na kanapie i scrollujesz, jakbyś miała/miał nadzieję, że świat się na chwilę zatrzyma.
Twój dom może wtedy zarosnąć – sterta prania rośnie, zlewozmywak się zapełnia, ale Ty nie masz siły podnieść ręki.
Czasem przez dwa dni nie odpiszesz nikomu – i masz wyrzuty sumienia, ale… nie masz zasobów, by to zmienić.
W tym stanie możesz nawet nie wiedzieć, co czujesz. Jesteś jak zawieszona/zawieszony między jedną mobilizacją a kolejną.
Próbujesz „odpocząć”, ale nie umiesz się rozluźnić.
Z jednej strony marzysz o tym, by ktoś Cię odciążył.
A z drugiej – nikogo nie dopuszczasz za blisko. Bo nie chcesz się „rozsypać”.
I niestety tak w jednym, jak i w drugim trybie działania, możesz mieć poczucie wykorzystania. Szczególnie jak sobie uświadamiasz, że robisz tak dużo, tak bardzo ponad siły… i po co?
to funkcjonowanie, jako Mistrz Dowożenia może mocno wpływać na Twoją pracę oraz na życiowe interakcje po pracy.
Jesteś już myślami kilka kroków dalej. Wszystko zaplanowane, materiały przygotowane, notatki z poprzedniego spotkania przeczytane. Czujesz napięcie, ale ono nie blokuje — ono napędza. Zastanawiasz się, jak w ograniczonym czasie dać z siebie maksimum. Odpowiadasz jeszcze na zaległego maila, wysyłasz komuś zasób, który obiecałaś/-łeś. Nie masz miejsca, by naprawdę poczuć siebie — teraz trzeba działać.
Jesteś w trybie maksymalnej obecności — niekoniecznie czujesz, ale świetnie analizujesz. Szybko składasz w całość to, co mówi klient: łączysz wątki, dostrzegasz wzorce, znajdujesz rozwiązania. Możesz mieć tendencję do przeskakiwania od trudnego tematu do rozwiązania — nie dlatego, że nie chcesz się zatrzymać, ale dlatego, że u Ciebie to działa: idziesz do przodu, nie w tył. Jeśli klient przeżywa silne emocje, możesz mieć trudność z byciem obok — coś w Tobie zaczyna się wtedy spinać. Wolisz konkret, działanie, jasny cel.
Nie zatrzymujesz się na „co czuję po tym spotkaniu” — zatrzymujesz się na „co jeszcze mogłam/mogłem zrobić lepiej”. Czasem włącza się perfekcjonizm, czasem myśl: „czy na pewno dałam/-łem z siebie wszystko?”. Jeśli sesja była trudna emocjonalnie, możesz czuć się „ściśnięta/ściśnięty” i przez chwilę nie chcieć już nic słyszeć ani czuć. Ale potem bierzesz się w garść i wracasz do działania.
Masz dwa tryby:
– albo dalej działasz — coś czytasz, coś przygotowujesz, robisz plany i wdrażasz kolejne rzeczy, lub rzucasz się w wir domowych obowiązków (bo przecież to dla Ciebie ważne);
– albo odpadasz — w zamknięciu, bez kontaktu. Nie odbierasz telefonu. Przewijasz media społecznościowe. Jesz bez kontaktu z jedzeniem. Po prostu Cię nie ma.
Z zewnątrz może to wyglądać jak balans, ale w środku czujesz, że wciąż jesteś pod napięciem.
Miewasz też gorsze. Dużo zależy od tego, na ile czujesz, że masz dostęp do zasobów (np. spokój, wyspanie, regeneracja, zdrowie, odżywienie, przyjaznych i nienarzucających się Ludzi dookoła, poczucie wdzięczności, miłość, kojącą Naturę, zapas czasu i in.).
Jesteś skuteczna/-y jak zawsze, ale z większym spokojem. Masz momenty ciepła, humoru i kontaktu z tym, co naprawdę dla Ciebie ważne. Łatwiej Ci być z Ludźmi bez zbędnych dramatów. Zaczynasz sięgać po rzeczy, które robi się dla siebie, nie tylko dla innych.
Ciało na automacie, a w środku czujesz napięcie nie do zniesienia. Niby robisz, ale z coraz większym poczuciem niesprawiedliwości. Wybuchasz gniewem nad najmniejszą pierdołą. Po wszystkim odcinasz się od świata, mając wszytskiego dosyć.
Możesz dokładnie wiedzieć, czego chcesz.
Możesz mieć listy celów, strategie działania i milion prób za sobą.
Ale Twoje ciało – zanim zdążysz zdecydować – już uruchamia wzorzec przetrwania: działanie, dowożenie, mobilizacja.
To dzieje się automatycznie.
Nie dlatego, że czegoś Ci brakuje.
Tylko dlatego, że Twoje ciało robi to, co zna najlepiej.
Nie wystarczy się zmuszać.
Nie wystarczy być „ogarniętym”.
Nie wystarczy kolejny raz zacisnąć zęby i przetrwać.
Trzeba sięgnąć głębiej – do zapisu, który mówi, że tylko działając, jesteś bezpieczny/-a.
I tam – przez obecność – rozpocząć nową drogę.
Może już pojawił się wewnętrzny głos:
„Znowu wszystko jest na mojej głowie.”
„Nie mam już siły, ale muszę.”
„Jak zawsze – jak nie ja, to nikt.”
„Jestem z tym wszytskim sam/-a i nikt mi nie pomoże, więc MUSZĘ.”
Może to nie pierwszy raz, kiedy z zaciśniętymi zębami idziesz dalej.
Bo przecież nie ma komu. Bo nie możesz zawieść.
Bo nie wypada się zatrzymać.
Może mówisz sobie:
„Muszę się bardziej ogarnąć.”
„Inni też jakoś dają radę i nie płaczą.”
„Nie mogę być taka/-i słaba/-y.”
Ale…
nic nie jest z Tobą nie tak.
Nie jesteś przesadzona/-y.
Nie jesteś histeryczna/-y.
Nie jesteś „za bardzo”.
To nie brak dystansu.
To nie przerost ambicji.
To nie to, że „myślisz, że jesteś centrum wszechświata”.
To Twój organizm, który uczył się od lat, że działanie chroni.
Bo kiedy jesteś w ruchu, jest bezpieczniej.
Bo jak się zatrzymasz w bezruchu – może runąć wszystko.
Więc ciało mobilizuje się szybciej niż Twoje myśli.
Spinają się barki. Zaciska się szczęka. Przyspiesza oddech.
I już jesteś w trybie: ogarniania, ratowania, dowożenia.
Niestety kosztem siebie.
Problem nie w tym, że coś nie działa.
Problem w tym, że to działa zbyt dobrze.
Tylko nie w tym kierunku, w którym pragniesz.
Ale skoro ten mechanizm działa —
to znaczy, że Twoje ciało żyje.
Żyje i walczy.
I kiedy nauczysz się nie popychać go jeszcze mocniej, ale usłyszeć — może być dla Ciebie drogowskazem do głębokiego spokoju, w kórym możesz robić mniej, a osiągać więcej.
W zgodzie ze sobą.
Natura dała Ci dar przetrwania — za wszelką cenę.
By Twoje ciało nie zrezygnowało.
By znalazło sposób, by iść dalej — nawet gdy było zbyt trudno, by czuć.
Natura nie popełnia błędów.
To nie przypadek, że właśnie ta strategia zadziałała.
I że chroniła Cię tak długo, jak musiała.
Oto, co mogło być zasobem w tej strategii:
Poprzez kontrolę dawało Ci siłę i strukturę, gdy świat się walił.
Zamrażało ból — żebyś mógł/mogła iść dalej.
I nie pamiętać.
Odrętwienie chroniło przed zalewem emocji, których nie było gdzie pomieścić.
Dawało siłę, by „dowieźć” sprawy, gdy inni się wycofywali.
„Użeranie się z Ludźmi” było sposobem, by nie dopuścić ich zbyt blisko – gdy bliskość bolała.
Pozwalało poczuć się lepszym/lepszą na tle tych, którzy nie dowozili.
Uczyło Cię, że możesz przeżyć – nawet jeśli nic nie czujesz.
To było mądre. To było biologiczne. To było nieuniknione. To było Twoje.
Już nie jesteś w miejscu, gdzie świat się wali.
Już nie masz trzech lat.
Ani trzech miesięcy.
Teraz możesz:
Ale jeśli zostaniesz w tym stanie zbyt długo…
Twoje ciało – to samo, które Cię chroniło – zacznie za to płacić.
Bo strategia ratunkowa, to biologiczna odpowiedź Natury na krótkoterminowy problem – nie została stworzona na całe życie.
Jeśli pozostaniesz w tym stanie na dłużej – Twoje ciało może zacząć płacić okrutną cenę:

Neurozapalne zmiany w mózgu (mikroglej) – przewlekły stres i przymus działania utrzymują układ nerwowy w stanie alarmowym, osłabiając neuroplastyczność i zdolność regeneracji.
(Cells. 2023; 12(11):1521, PMID:37296782)
Mgła poznawcza, problemy z decyzjami i pamięcią roboczą – ciągłe przełączanie między przymusem działania, a „zamuleniem” zaburza funkcje wykonawcze i osłabia pracę kory przedczołowej.
(Frontiers in Psychology. 2018; 9:1334, PMC5756532)
Zaburzony rytm dobowy i regeneracja – układ nie „wraca do spoczynku”, nawet w nocy. To przekłada się na bezsenność i uczucie zmęczenia pomimo snu.
(Nature Communications. 2023; 14:3774)
Zamrożone napięcie mięśniowe – napięcia gromadzą się w ciele, ale nie znajdują ujścia, co prowadzi do chronicznego bólu karku, żuchwy, brzucha.
Zaburzenia osi jelitowo-mózgowej – ciało pracuje „w trybie zadaniowym”, co upośledza trawienie, odporność i regulację nastroju.
(Psychoneuroendocrinology. 2015; 63:217–229)
Zwiększone ryzyko chorób cywilizacyjnych: nadciśnienia, insulinooporności, stanów zapalnych i autoimmunizacji.
Brak integracji między ciałem a emocjami – reakcje somatyczne pojawiają się bez jasnego źródła, np. bóle serca bez przyczyn medycznych, uczucie „ciała nie do końca swojego”.
📚 Dodatkowe źródła:
Danese & McEwen (2012), Van der Kolk (2014), Kozlowska et al. (2015), Porges (2011)

Uwięzienie w roli osoby, która „zawsze ogarnia” – inni przestają pytać, co u Ciebie, bo widzą tylko Twoje efekty.
Maskowanie samotności sukcesem – w relacjach dominuje wymiana zadań, nie emocji; trudno się zbliżyć.
Izolacja w nadodpowiedzialności – im więcej bierzesz na siebie, tym mniej jesteś w relacjach obecna/y.
Trudność z proszeniem o pomoc – bo „inni mają gorzej” albo „nie wypada zawracać głowy”.
Wycofanie społeczne i alienacja – zamrożenie i dysocjacja osłabiają potrzebę kontaktu i pogłębiają samotność.
(Journal of Affective Disorders. 2022; 319:248–257, PMID: 36584714)
Unikanie bliskości i kontaktów – osoby w przewlekłym zamrożeniu wykazują niższą aktywność w obszarach odpowiedzialnych za odczytywanie sygnałów społecznych.
(Scientific Reports. 2024; 14:3740, s41598-024-53819-1)
Trudność w byciu obecnym z innymi, obniżona zdolność do współodczuwania i wspólnego przeżywania.
Zubożenie życia towarzyskiego – relacje stają się płytkie, funkcjonalne lub nieobecne.
Narastające poczucie, że jesteś niezrozumiana/y – i coraz mniej potrzebna/y w sensie emocjonalnym.
📚 Dodatkowe źródła:
APA (2021), Journal of Affective Disorders. 2022; 319, Lanius et al. (2014)

Styl przywiązania oparty na funkcji, nie obecności – dajesz, wspierasz, „dowożisz relacje” – ale nie umiesz być w nich w pełni.
Trudność w reagowaniu emocjonalnym – gdy ktoś bliski przeżywa coś trudnego, możesz się wycofać lub denerwować, bo „nie działa rozwiązywanie”.
Oziębłość pozorna – wynik braku kontaktu z własnym Ja. Zamiast chłodu jest odłączenie, z którego trudno się wychodzi.
Krytykowanie i ocenianie innych szczególnie w sytuacjach, kiedy nie dowożą, lub robią inaczej, niż oczekujesz. To zazwyczaj nakręca konflikty i zwiększa poziom obciążającego stresu.
Poczucie „jestem z kimś, ale sama/y” – także po stronie partnera.
📚 Dodatkowe źródła:
Mikulincer & Shaver (2016), Liotti & Gilbert (2011), Lanius et al. (2012), Journal of Anxiety Disorders. 2023

Zamrożenie w zadaniowości – działasz efektywnie, ale bez kontaktu z sensem. Praca staje się checklistą.
Perfekcjonizm maskujący wypalenie – wysoka jakość działań ukrywa niski poziom energii i wysycenie.
Brak odpoczynku psychicznego nawet poza pracą – ciało nadal trzyma napięcie, myśli nadal przetwarzają listę „to-do”.
Odrzucenie twórczości i marzeń – „nie teraz”, „najpierw ogarnę inne rzeczy” – aż przestajesz mieć z nimi kontakt.
Rezygnacja z awansu, zmiany lub ekspozycji – nie z braku kompetencji, ale z braku połączenia z żywą energią działania.
📚 Dodatkowe źródła:
McFarlane (2010), Nijenhuis et al. (2002), APA (2020), Nature Communications. 2023
To czerwona lampka ostrzegawcza – i dobrze, że widzisz ją teraz. Bo wciąż możesz podjąć kroki, które zatrzymają ten proces i pomogą Ci wrócić do siebie. Aby z obecnego trybu działania przejść do spokojnej i pełnej mocy obecności – tej, która naprawdę wspiera Twoje zdrowie i dobrostan – możesz zacząć od trzech prostych kroków:

Zatrzymaj się choć raz dziennie na 3 minuty - świadomie, choć bez celu i działania. W odpoczynku.

Zacznij rozpoznawać momenty, gdy działasz „na napięciu” zamiast na wewnętrznym wyborze.

Zauważ, że Twoja wartość nie zależy od tego, ile dziś zrobiłaś/zrobiłeś.
W mailach powiem Ci o tym więcej i pokażę, co możesz zrobić, aby wyjść z biologicznego trybu przetrwania.
Wciąż masz wpływ.
Wciąż możesz wybrać siebie.
Zacząć od ciała.
Od obecności.
Od małego kroku – który tym razem nie będzie kolejnym wyciskiem,
ale powrotem.
Do Ciebie.
Natura zrobiła wszystko, żeby Cię ochronić. Dała Ci bezpieczne mechanizmy: zamrożenie, wycofanie, odcięcie, ale także nadaktywację i mobilizację za wszelką cenę – żebyś przetrwał/a to, co było nie do udźwignięcia.
Dała Ci też naturalną drogę do wychodzenia z tego stanu i wejścia w życie – z uśmiechem, spokojem, bezpiecznie, a jednocześnie pięknie i uskrzydlająco.
Dziś jesteś w miejscu, w którym możesz zdecydować, że nie chcesz już tylko przetrwać.
Chcesz żyć.
Nie potrzebujesz walczyć z ciałem, zmuszać się do działania, udowadniać, że jesteś „wystarczająco ogarnięty/a”.
Potrzebujesz tylko jednego: Zacząć współgrać z własną biologią.
Możesz poznać biologiczne prawidła i nauczyć się je wykorzystywać tak, by odzyskać swoje życie – takie, jakie chcesz, aby było.
z którego dowiesz się więcej o swojej strategii przetrwania, o tym, jak przejawia się w życiu oraz jak z niej wychodzić w kierunku spokojnej sprawczości i codziennej radości
Nie jesteś sam/a. Stan, który u Ciebie dominuje ma biologiczne przyczyny. Ale też biologiczne rozwiązania.
Właśnie temu służy warsztat „Od Wahania Do Działania”:
Nie musisz być gotowy/a na 150%. Wystarczy, że chcesz.
Jeśli to wszystko, co przeczytałeś/aś, rezonuje – to nie przypadek.
To ciało rozpoznaje, że jest gotowe.
To Ty – po cichu, w środku – zaczynasz czuć, że coś w Tobie woła o więcej.
Bo Twoje ciało nie jest przeszkodą – jest kompasem.
Na warsztacie pokażę Ci, jak przestać czuć, że utknęłaś/-ąłeś w biologicznym trybie przetrwania– i krok po kroku wrócić do siebie.
Jeśli jeszcze się nie znamy, to ja jestem czyżyk (w papierach wciąż Monika Czyżewska) i od 2000 roku prowadzę Ludzi, takich jak Ty, do ich Zdrowej Pełni – czyli miejsca, w sobie i w świecie, gdzie mogą powiedzieć:
TAK. Żyję życiem, które kocham. W którym kocham. I które naprawdę ma znaczenie.
Pracując na bardzo głębokim poziomie pamięci komórkowej, od lat zauważam, że obecność jest kluczowym warunkiem samozdrowienia – ze wszelkich traum i obciążeń.
Jest też warunkiem fizjologicznej regeneracji.
Zauważam też, że dla wielu Ludzi obecność jest jednym z najtrudniejszych kroków do siebie – właśnie przez biologiczne strategie układu nerwowego i mechanizmy obronne, które tak długo pełniły swoją rolę.
Ten quiz powstał, by pomóc Ci zauważyć, w jakim miejscu jesteś dziś.
I na ile obecność jest dla Ciebie naturalna, wspierająca Twój rozwój, zdrowie i dobrostan.
Ale ten quiz nie powstał po to, by Cię sklasyfikować.
Powstał, by Ci pokazać, że z tym, co czujesz — wszystko z Tobą w porządku.
I że to, jak reaguje Twoje ciało, nie jest błędem. To biologia. To mądra odpowiedź na to, co było.
Jeśli jesteś gotowa/-wy spojrzeć na siebie z większą uważnością i zacząć działać inaczej — jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba.
Na warsztacie „Od Wahania do Działania” spotykamy się w obecności — nie po to, by się „naprawiać”,
ale by wrócić do kontaktu ze swoją naturalną mocą.
może się zdarzyć, że w Twojej indywidualnej sytuacji będziesz potrzebować:
Jeśli podczas spotkania strategiczno-rozpoznawczego z czyżykiem, okaże się, że te działania są dla Ciebie ważne i Tobie potrzebne, to zakres Twojego 3-miesięcznego pakietu (i jego cena) mogą się zmienić.
Ustalisz to wówczas indywidualnie z czyżykiem.
Stres i ogromna odpowiedzialność są wpisane w moje codzienne funkcjonowanie. Podejmuję decyzje, od których zależą życia Ludzi. Każda moja decyzja to także ogromne pieniądze. Nic dziwnego, że ryzyko, stres i odpowiedzialność, to mój chleb powszedni. Niewiele jednak osób to rozumie…
Im dalej jestem w tej drodze, tym bardziej samotna jestem. Na nikim tak naprawdę nie mogę polegać i jestem zdana sama na siebie. Ludzie, którzy mnie otaczają, ode mnie zależą, ale też na każdym kroku mnie oceniają. Niektórzy tylko czekają, aż powinie mi się noga. Są tacy, którzy by się nawet z tego ucieszyli. Nie mogę sobie na to pozwolić. Przed innymi muszę trzymać fason – muszą być przekonani, że jestem najlepsza w tym, co robię; że jestem najlepszym wyborem…
Nie mogę okazać słabości. Muszę na co dzień walczyć. Muszę być twarda. I taka jestem. Świetnie mi to wychodzi i w biznesie się nie tylko sprawdza, ale też opłaca. Niestety w życiu prywatnym skazuje mnie to na jeszcze większą samotność i niezrozumienie. Nie ma znaczenia, czy z kimś jestem, czy nie, bo prywatnie i tak jestem sama…
Wiem, że mam duży potencjał. Mogłabym odnieść sukces i dużo dobrego zrobić… Ale cały czas nie mogę wyjść poza myśli i planowanie :( Boję się popełnić jakikolwiek błąd. Planuję ponad miarę i zanim zacznę działać, to muszę być na wszystko przygotowana. Muszę znać odpowiedzi na wszystkie potencjalne pytania. To mnie zatrzymuje w miejscu.
Innym mówię, że jestem perfekcjonistką, ale prawda jest taka, że po prostu utknęłam. Zazdroszczę tym, którzy potrafią iść na żywioł. Też bym tak chciała! Niestety już widzę, co się stanie, gdybym się odważyła… Wówczas byłoby widać czarno na białym, że nie pasuję do innych. Ludzie by w końcu się na mnie poznali… Już słyszę, jakby sobie wówczas na mnie używali… więc siedzę, jak mysz pod miotłą i nie ryzykuję.
Jednak cokolwiek zrobię (lub czegokolwiek nie zrobię) cały czas towarzyszy mi poczucie, że odstaję od reszty. Ludzie obserwują, że jestem inna i nie akceptują mnie takiej. Nawet jeśli na zewnątrz nie widać różnicy… nawet jeśli ktoś mnie poklepie po ramieniu i powie „nie przesadzaj; zupełnie nie wiem, o czym mówisz”, to ja i tak wiem… Wiem, co Ludzie myślą i mówią za moimi plecami. Przez to muszę starać się o wiele bardziej niż inni, żeby mnie zaakceptowano. Muszę dawać z siebie wszystko, żeby moja praca się spodobała; żeby zyskała uznanie. A nie jest łatwo!
Od długiego czasu się rozwijam i nad sobą pracuję… mam jednak poczucie, że to jakaś karkołomna ścieżka. Jasne, że widzę zmiany. Dużo też ze sobą robię, aby te zmiany były.
Doświadczyłam wielu pięknych momentów w tej mojej wędrówce i jestem za nie wdzięczna. Jednak przeszkadza mi, że za każdym razem, jak czuję przełom… jak doświadczam prawdziwej zmiany… jak robię dwa duże kroki do przodu i oddycham pełną piersią, to zaraz robię cztery do tyłu i znowu ląduję na czterech literach.
Taka huśtawka ciągnie się od kiedy pamiętam. Jakby mnie coś trzymało. Jakby coś nie chciało mnie puścić. Jakby coś celowo podcinało mi skrzydła. Najwyższy czas się od tego uwolnić, bo inaczej nigdy nie wypłynę na naprawdę szerokie wody!
Logicznie wiem, że mam sporo do zaoferowania sobie, innym i Światu. Wiem, że jestem inteligentna. Wiem, że potrafię być atrakcyjna. Wiem, że jestem wystarczająca. Wiem, że mogę odnieść sukces…
Jak się postaram, to nawet znajduję w swoim życiu szereg dowodów na to wszystko. Ba, nawet jak się nie staram, to mam w swoim otoczeniu Ludzi, którzy mi zazdroszczą i mówią o mnie w superlatywach!
Tym bardziej wkurzający jest ten upierdliwy głos w głowie, który wie, co i jak podszepnąć, żeby mi aż w pięty poszło :(
Najgorsze jest to, że jak nie uważam i w porę tego nie wychwycę, to rzeczywiście czuję się gorsza, głupia, niewystarczająca, niegodna kochania i niezasługująca na pełnię sukcesu. W takich chwilach, kiedy słyszę czyżykowe: „żyj życiem, które kochasz, w którym kochasz i które naprawdę ma znaczenie” zwyczajnie nie wierzę, że to jest dla mnie możliwe.
Jeszcze gorsze jest to, że jeśli w porę siebie w tych negatywach nie zatrzymam, to ani się nie spostrzegę, a już sabotuję samą siebie!
Chcę w końcu – całkowicie spójnie ze sobą – czuć, że siebie kocham i jestem wystarczająca. Zamiasst tylko o tym wiedzieć i musieć sobie o tym co rusz przypominać…
Czasem mam wrażenie, jakby życie działo się gdzieś tam za szybą, a ja je tylko obserwuję. Ludzie są niby dookoła, ale tak daleko ode mnie… Doświadczenia, jakie mam w obszarze budowania związku, czy ważnej dla mnie relacji, są tak nikłe lub tak nieudane, że nie ma sensu ich nawet przywoływać… Po co się dołować?
Czasem myślę, że ja po prostu nie umiem kochać :( i nie ma się co dziwić Ludziom, którzy to widzą i nie chcą ze mną być. A innym razem już naprawdę nie wiem, o co chodzi i jak to jest, że im bardziej się staram, tym przepaść między mną, a tym drugim Kimś jest coraz większa.
Zauważam w sobie „głos”, który na różne sposoby szepcze mi, że związek nie ma sensu… że Ludzie w związkach się tylko krzywdzą… że lepiej być samą, niż użerać się z kimś… że związek mnie ograniczy i że stracę prawdziwą siebie w takiej relacji…
I ja to wszystko rozumiem, ale wciąż jakaś część mnie chciałaby po prostu kochać i być kochaną. To wewnętrzne rozdarcie mnie paraliżuje :( Czy to kiedykolwiek będzie łatwiejsze?
Już tyle razy się sparzyłam, ze aż szkoda wyliczać :(
Powinnam się już dawno temu nauczyć rozpoznawać facetów, którzy złamią mi serce, ale nie… Za każdym razem wydaje się, że to ten jedyny. Znowu mam motyle w brzuchu, oczy mi się świecą, a serce topnieje. I jak na niego patrzę, to mam ochotę się z nim zestarzeć…
A później okazuje się, że miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.
Ileż można?!
Nawet, jak się zabezpieczam… trzymam dystans, sprawdzam, dopytuję, żeby znowu nie popełnić tych samych błędów, to jakoś tak się okazuje, że coś przeoczyłam :(
Chciałabym stworzyć związek oparty na szacunku, miłości, wspólnych celach i zaangażowaniu, ale trafiam zawsze na kogoś, kto ma inną wizję :( A najgorsze jest to, że szydło z worka wychodzi po jakimś czasie, kiedy ja już się zaangażuję i dużo z siebie dam.
Zaczynam myśleć, że na świecie chyba nie ma normalnych facetów. Już naprawdę brak mi sił, aby powtarzać taki scenariusz po raz kolejny :( Jednak wiem, że jak teraz z tym czegoś nie zrobię, to może być jeszcze gorzej…
Tęsknię za tym, co mieliśmy kiedyś… Nie wiem, gdzie to zgubiliśmy i chyba nie bardzo umiem to odzyskać :( Próbowałam już różnych sposobów i albo jest lepiej na chwilkę, po czym znowu przychodzi krach, albo już na stracie moje starania okazują się być poronionym pomysłem :(
Jak to się stało, że przestałam mu wystarczać? Już naprawdę nie wiem, jaka mam być, żeby on chciał ze mną zostać i naprawić to, co nam jeszcze zostało… A ja go naprawdę kocham! I nie wyobrażam sobie życia bez niego! Nie wiem, co będzie, jak go stracę… jak będę sama :(
Nie mówiąc już o tym, że nie wiem, jak powiem o tym innym :( Kim ja w ogóle bez niego będę?
Tak naprawdę wcale ich nie znam (a one nie znają mnie). To smutne, bo ja naprawdę kocham moje Dzieci… tylko jakoś tak… od jakiegoś czasu… nadajemy na innych falach…
One nie rozumieją, że ja to wszystko robię dla nich… Przecież musimy za coś żyć… muszę mieć za co zapłacić za ich dodatkowe zajęcia… A one wcale mi tego nie ułatwiają! Zupełnie nie widzą, jak się dla nich staram. Byłoby idealnie, gdyby bardziej się słuchały, więcej zaangażowania wkładały w swoje obowiązki, umiały się bardziej twórczo i konstruktywnie zająć sobą…
Ale, jak to w życiu, idealnie nie jest :( A ja nie wiem, jak mam do nich dotrzeć :( Czasem tracę cierpliwość. Szczególnie, jak widzę ich miny… jak słyszę półsłówka i ciągłe niezadowolenie… jak ich niewdzięczność razi mnie po oczach… Tak, wówczas tracę cierpliwość. Czasem wybucham i… wcale tego nie chcę :(
Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej odzywa się we mnie świadomość, że jestem złą matką. Nie opiekuję się nimi tak, jak powinnam. Nie daję im dobrego przykładu :( Mają ze mną gorszy start, niż mogłyby mieć :( Gdzieś tam, bardzo głęboko, wiem, że mimo ogromnych starań, krzywdzę moje własne Dzieci. Dzieci, które kocham najbardziej na świecie :(
Założyłam swój pomocowy biznes, bo nie chciałam mieć szefa, który by mi mówił co mam robić. Chciałam sama być dla siebie szefem. Chciałam być niezależna. Chciałam mieć wolność: finansową i wolność wyboru z kim, gdzie, jak i jak długo pracuję.
Wiem też, że mam dużo do zaoferowania innym i Światu. Chciałam w pełni rozwinąć skrzydła i tworzyć piękną zmianę pomagając Ludziom. Dlatego otworzyłam swoją firmę i… miało być pięknie. Marzenia i ideały sięgały zenitu, a później aż huknęło, gdy grzmotnęły o glebę i roztrzaskały się na miliony kawałeczków :(
A ja jak ten Kopciuszek zbieram odrobinki i próbuję je posklejać. Jestem przepracowana i przemęczona. Żeby wszystko ogarnąć pracuję ponad siły :( Mało śpię. Nieregularnie (i niezbyt zdrowo) jem. Im więcej pracuję, tym więcej jest do zrobienia, a efekty z tego są mizerne.
Moja firma miała być moim wybawieniem, a tymczasem stała się moim więzieniem! Pracuję więcej, niż jakikolwiek szef, w jakiejkolwiek pracy, kiedykolwiek by ode mnie wymagał, a moje profity w żaden sposób tego nie odzwierciedlają :(
Tymczasem wiem, że innym się udaje. Nawet tym, którzy mają mniejsze kwalifikacje, niż ja. A przecież jestem inteligentna! Wiem, że można, tylko, że mi akurat to nie wychodzi. Mam już tego serdecznie dość. Albo coś zmienię, albo nie tylko będę wyglądać, ale stanę się wrakiem Człowieka…
Od zawsze mówię NIE przeciętności! Jestem dobra w tym, co robię. Mam doświadczenie i jestem ekspertem z prawdziwego zdarzenia…
Jednocześnie praca dla kogoś i na kogoś mnie powoli wykańcza. Jestem stworzona do czegoś większego! Czy wrażenie, jakie zrobiła moja kreacja na firmowej imprezie, to naprawdę wszystko, o czym Ludzie będą mówić, kiedy o mnie pomyślą?!
Od czasu do czasu myślę o własnym biznesie, ale tyle rzeczy może pójść nie tak… tyle mogę stracić… że na myśleniu (od kilku lat!) się kończy :(
Jednocześnie Ludzie dookoła powtarzają, że jestem szczęściarą i że mi zazdroszczą… I jak się dobrze zastanowić, to nie mam przecież na co narzekać. Moja praca daje mi pieniądze i stabilność… więc z uśmiechem numer 4 odpowiadam, że lubię moją pracę.
A później patrzę w lustro i widzę w nim największą, paskudną HIPOKRYTKĘ :(
I czasem się zastanawiam: czy aż tak bardzo zależy mi na przypodobaniu się innym i na spełnieniu ich oczekiwań, że nawet wprost nie potrafię powiedzieć, że nie znoszę tej pracy? Że gdybym tylko wiedziała, jak to zrobić bezpiecznie, to zarabiałabym krocie na swojej wiedzy i ekspertyzie. Spełniałabym się w tym co kocham i robiłabym to na własnych warunkach!