Opór przed zmianą trochę inaczej

Opór przed zmianą jest czymś, co obserwujemy na co dzień i u innych, i u siebie. W większości przypadków traktujemy to za normę; wręcz spodziewamy się różnych reakcji, które utożsamiamy z oporem przed zmianą. Niektórzy nawet poprzez takie reakcje definiują siebie, np. „jestem oportunistą”, „jestem rewolucjonistą”, „jestem buntownikiem”, „jestem konformistą” itp. A co jeśli pod tym wszystkim, co traktujemy jak normę, kryje się warstwa zupełnie innej historii? 

Dziś będzie o tym,

  • dlaczego czasem tak trudno wyrwać się z kolein życia…
  • dlaczego tak trudno zrobić coś inaczej, niż się przez całe życie robiło…
  • dlaczego tak istotnym wydaje się, by robić tak, jak w danej społeczności przyjęło się, że jest „normalnie”…
  • dlaczego czasem łatwiej jest zrobić wbrew sobie i spełnić oczekiwania innych, aniżeli stać się wyrzutkiem…

Ostrzegam: to, co przeczytasz w tym artykule jest inne od tego, co serwuje się w większości nurtów psychologicznych… Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że te treści są dla kogoś o mocniejszych nerwach 😉 Z resztą, czytając dalej, sama się możesz przekonać, co Ty na tak przedstawiony opór przed zmianą 😉 

Drobnoustroje 
wewnątrzkomórkowe,
 jako 
wewnętrzni sabotażyści, 
a nawet pasożyty?

Dla wielu osób nie jest tajemnicą, że człowiek może być żywicielem dla około 130 rodzajów pasożytów (niewtajemniczonym tylko wspomnę, że przekonanie, jakoby żyło się czysto i w „cywilizowanych” czasach, nie chroni przed pasożytami i zdecydowana większość ludzi jest dla nich mieszkaniem). Każdy z pasożytów ma jakiś swój schemat działania i jego cele są dalekie od naszego dobrostanu. 

Okazuje się, że omnipotentna komórka macierzysta też może być środowiskiem mieszkalnym dla wielu bakterii, grzybów, jednokomórkowców, wirusów, czy białek prionowych. Biologicznie mają one swój głęboki sens i w większości przypadków współdziałają z nami tworząc harmonijną całość. Problem pojawia się wówczas, kiedy zaczynają ingerować w naszą świadomość. 

Co prawda jest to zjawisko dużo bardziej złożone, ale na potrzeby tego tekstu i dla ogromnego uproszczenia przyjmijmy sposób postrzegania, jakiemu wówczas podlega większość Ludzi będąc w połączeniu z dominującą, „oswojoną” przez nas częścią świadomości. Kiedy w taki sposób definiujemy siebie (poprzez dominującą część naszej świadomości), wówczas drobnoustroje, które mogłyby z nami współpracować, widzimy jak sabotujące jednostki. Jawią się dla nas pasożytami. W takich przypadkach widzimy, że omnipotentna komórka macierzysta jest przez pasożyty nękana. I w takiej przestrzeni, z taką interpretacją, fakt egzystowania pasożytów w centrali naszej świadomości, jest o wiele bardziej zgubny w skutkach, niż to, że ktoś ma pasożyty np. w jelitach… Dlaczego? Z kilku powodów…

Po pierwsze pamiętajmy o tym, że w omnipotentnej komórce macierzystej znajduje się centrum naszej świadomości (to właśnie tutaj mamy struktury, o których mówimy „kryształy/-łki świadomości, które w materii „kotwiczą” część naszej nielokalnej świadomości). 

To oznacza, że dominująca część naszej świadomości czasem zlewa się z jednym, czy drugim sabotażystą wewnętrznym (niektórzy mają poczucie, że zostaje „przejęta”) i wówczas Człowiek zachowuje się inaczej, niż by chciał (a dokładniej, niż chciałaby dominująca część jego świadomości; ta, pod którą potrafi się podpisać, że to jestem „ja”). Jest daleki od „ludzkiej”, oswojonej i ucywilizowanej wersji siebie… Człowiek wówczas doświadcza świadomości danego sabotażysty wewnętrznego tak, jakby to była jego świadomość lub jakaś część jego samego („ukryta”, „podświadoma”, „wyparta do cienia” etc.). 

Część patologicznych wzorców, czy uciążliwych rysów działania jest tak naprawdę przejawem kontroli naszej dominującej części świadomości przez konkretnego sabotażystę wewnętrzego. Może czas powiedzieć wprost, że Mr Hyde, o którym przyzwyczailiśmy się myśleć, że to taka zła i potworna część nas samych, która czasem wyłazi na światło dzienne i powoduje, że wstydzimy się stanąć przed lustrem, to – na poziomie biologicznym – konkretny drobnoustrój postrzegany przez nas, jako pasożyt (czy sabotażysta)… 

Nie piszę tego dla usprawiedliwiania patologii, tylko po to, by powiedzieć: nawet jeśli Twoją świadomość od czasu do czasu zagarnia jedna, bądź druga gadzina, to jest na to sposób. Możesz się z tego uwolnić, a przez to Twoja  omnipotentna komórka macierzysta zaczyna tę gadzinę rozpoznawać, jako niepotrzebną i w większości przypadków sama się takiego wewnętrznego sabotażysty pozbywa.

Tym sposobem docieramy do kolejnej kwestii, a mianowicie: „no dobrze, ale dlaczego komórkę macierzystą trzeba uczyć, że to pasożyt; skoro jest omnipotentna, to przecież może się go sama pozbyć”… To prawda, może. Rzecz w tym, że komórka macierzysta większości Ludzi nie rozpoznaje, że to „coś”, co się w niej szlaja, a czasem ją podjada i w niej się załatwia, to pasożyt. 

Dlaczego 
omnipotentna komórka macierzysta 
dopuszcza sabotażystów wewnętrznych 
do
 głosu?

Dlaczego? Ponieważ z danym sabotażystą wewnętrznym biologiczne części nas zetknęły się już w babciach, kiedy jeszcze omnipotentnej komórki macierzystej nie było. Naturalnym jest, że komórek drobnoustrojowych jest w nas więcej, niż naszych samych (ludzkich). Dlatego większość babć, już na etapie tworzenia gamet, podarowała swoim wnukom prezent w postaci koegzystujących z nami drobnoustrojów. Kiedy omnipotentna komórka macierzysta się tworzyła, to drobnoustroje już tam były, więc z perspektywy naszej pamięci komórkowej te drobnoustroje, które później sabotują dominującą część naszej świadomości, to część komórki (część nas), która tam była „od zawsze”…

Poza tym czasem dochodzi do takich kuriozów, że nasza omnipotentna komórka macierzysta wykorzystuje ten, czy owy patogen np. do tego, żeby sobie jakąś dziurę załatać… Poprzez takie sytuacje komórka uczy się, że potrzebuje tych drobnoustrojów (i wówczas koszt związany z tym, że sabotujące drobnoustroje komórkę objadają, lub niszczą jest po prostu mniejszym złem). W ten sposób na poziomie ciała buduje się iluzoryczne przekonanie, że komórka (my) nie poradzi sobie bez danego wewnętrznego sabotażysty.

Człowiek może mieć opór przed pozbywaniem się jakiegoś wewnętrznego drobnoustroju z obszaru komórki macierzystej również dlatego, że kiedy jego świadomość zlewa się z jakąś „gadziną”, to np. jest bardziej skuteczny (nie ważne, że włącza mu się program „po trupach do celu” i wyłącza człowieczeństwo… w danym momencie jest ważne, że rozpychając się łokciami osiąga to, co sobie założył i że nie potrafi zrobić tego tak szybko, kiedy całkowicie jest sobą – w tej dominującej, ucywilizowanej części jego świadomości…).

I wreszcie powód pierwotny. Kto wie, może nawet najważniejszy? Otóż nasza świadomość jest – u większości Ludzi – złożona i niejednorodna (także biologicznie). A to oznacza, że niezintegrowane (lub wyparte; „odcięte”) części naszej  naszej świadomości nie mają łatwo, by dojść do głosu. Jest im trudno wpłynąć na tę dominującą część naszej świadomości, co do której myślimy, że to jesteśmy „my”. Dlatego, aby zrealizować swoje funkcje w sytuacji odcięcia, czy wyparcia, te pomijane przez nas części świadomości sięgają po konkretne drobnoustroje. Dzięki temu jakąś funkcję realizujemy (np. „po trupach do celu” może realizować biologiczną funkcję obrony terytorium),a jednocześnie mamy wówczas poczucie, że to „nie my” – „jakbym na jakiś czas stawał się kimś innym”, „zachowuję się tak, jakby mnie coś opętało”.    

Z takich powodów drobnoustroje, które przez pryzmat dominującej części naszej świadomości traktujemy, jak pasożyty (czy sabotażystów wewnętrznych) wciąż w naszej omnipotentnej komórce macierzystej żyją i mają się całkiem dobrze. Niestety, kiedy tam są, a szczególnie, gdy jest ich więcej (i się namnażają), to zaczynamy działać pod ich dyktando (a pierwotnie pod dyktando wypieranych do tej pory części świadomości) i to, co się wówczas z nami dzieje nie jest ani zdrowe, ani przyjemne, ani dla nas korzystne… 

Dziś o jednej takiej gadzinie, „pieszczotliwie” zwanej borgiem – kto zna Strar Treka ten znajdzie analogię ;). Jak pewnie już do tej pory zgadłaś, kiedy piszę „gadzina”, to nie mam na myśli konkretnej gromady kręgowców 😉 Tak samo borg nie jest gadem…

A czym w takim razie borg jest?

Jest grzybem.

Jego wewnętrzna struktura ma krystaliczny charakter i zachowuje się, jak nadajnik oraz odbiornik. Dlatego można by pomyśleć, że borg Kowalskiego gada sobie z borgiem Malinowskiego, kiedy Kowalski z Malinowskim jedzą razem obiad i rozmawiają o meczu. 

Rzeczywistość jednak poszła krok dalej. Borgi Kowalskiego i Malinowskiego nie tylko ze sobą gadają… one są jednym organizmem i mają kolektywną świadomość (najłatwiej porównać to do mrowiska lub ula; niby mamy różne mrówki, ale wszystkie są z tego samego mrowiska i są sterowane przez królową, więc działają tak, aby dla mrowiska było dobrze, a nie dla konkretnej mrówki).

Kiedy dominująca część świadomości Człowieka zlewa się ze świadomością borga, wówczas taki Człowiek czuje się silniejszy, niepokonany, zdolny zrobić wszystko. Cena, którą za to płaci, to utrata „człowieczeństwa” (świadomość danego Człowieka wraca do ludzkiego wymiaru, jak tylko odklei się od borga, ale większość Ludzi odczuwa to za trudne, bo czują w kościach, że musieliby zrezygnować z tej „wewnętrznej mocy” i skuteczności w dążeniu po trupach do celu).

Obecność borga w omnipotentnej komórce macierzystej powoduje kilka uciążliwych kwestii. O części z nich napiszę w kontynuacji tego artykułu, teraz skupię się głównie na jednej, a mianowicie na:

Blok plemienny

 

Czym jest blok plemienny?

To atawistyczny opór przed zmianą; przed wyłamaniem się z tego, co przyjęło się w danym środowisku za normalne, codzienne, zwyczajowe etc. To poczucie przynależności do danej społeczności i „podskórna” znajomość reguł w tym środowisku obowiązujących. Jeśli ktoś chce się wyłamać z utartych kolein działania, to przez resztę społeczności jest traktowany, jak wyrzutek (Ludzie kontrolowani przez borgową świadomość potrafią być dla wyrzutka okrutni). Sam też czuje się nie na miejscu i jak odludek; odmieniec.

Jako Ludzie żyjemy z borgiem od zarania dziejów, więc jakoś się przystosowaliśmy do bloku plemiennego. Wydaje nam się normalnym, że funkcjonują różnice kulturowe i rozgraniczenie między „my” oraz „oni”. Tymczasem na biologicznym poziomie to po prostu dwa mrowiska walczą o teren, z którego będą zbierać żarcie… Jeden borg (kolonizujący dane plemię) walczy z innym borgiem (który to skolonizował plemię za lasem). To nic innego, jak przejaw konkurencji wewnątrzgatunkowej pomiędzy grzybami, a że my dorobiliśmy do tego ideologię, to już zupełnie inna kwestia. Jak w przypadku każdej konkurencji wewnątrzgatunkowej chodzi o jak najlepsze wykorzystanie zasobów i terenu (w tym przypadku: Ludzi) i dzieje się to kosztem ograniczania i hamowania przyrostu innej populacji grzyba.

Zawiało poważnie, ale w praktyce oznacza to tyle, że Ludzie ogarnięci borgiem:

  • mogą przejawiać tendencję do zachowań agresywnych w stosunku do tych „innych”, nie swoich (czytaj tych, którzy są skolonizowani przez innego borga; zazwyczaj przedstawicieli innej kultury, innego plenienia)
  • łatwo oceniają (i to negatywnie) wszystkich, którzy mają / robią inaczej, niż oni
  • na siłę „naprowadzają na dobre tory” tych, którzy chcą się wyłamać (np. Ludzi, którzy chcą się odkleić od borgowej świadomości lub tych, którzy chcą się wręcz borga z siebie pozbyć)
  • seks będą sobie lekce traktować, a nawet uznają za atrakcyjne kontakty seksualne z przedstawicielami innej kultury (to jest jedna z dróg, jak borg potrafi skolonizować kolejne, ludzkie terytorium)
  • mogą mieć trudność z podjęciem jakichkolwiek działań, które stoją w sprzeczności z niepisanymi regułami, jakie są obecne w ich mikrospołeczności (będą wrażliwi na wszelkie: „tak się nie robi”, „nie powinienem”, „trzeba robić inaczej”, „”wiadomo, że od zawsze…” itp.).

W ten sposób blok plemienny objawia się w relacjach międzyludzkich i potęguje konflikty kulturowe i interpersonalne. Zbiera on jednak swoje żniwo również w postaci konfliktu wewnętrznego / intrapersonalnego.

Jak się to objawia? Zazwyczaj dzieje się tak, że osoba rozwijająca się, sięgająca po praktykę, która uwalnia ją z wewnętrznych traum, czy ograniczeń dochodzi do momentu zastoju. Jest już w momencie, kiedy wybiera inny sposób działania, nową dla siebie drogę i „nagle” czuje się przyblokowana, ociężała… zdecydowanie łatwiej zostać jej przy starym wzorcu, niż walczyć o nowy. „Wszystko dobrze szło, zrobiłem dwa kroki do przodu, a później się spieprzyło, zezwierzęciłem się i wylądowałem 5 kroków z tyłu”.

Jaki mechanizm za tym stoi? Bardzo prosty. Twoja wewnętrzna zmiana, to również zmiana środowiska, w którym borg żyje. A on tego nie lubi; chce utrzymać status quo. Więc kiedy Ty się zmieniasz, on się broni; namnaża się, żeby powstrzymać zmiany. Gdy borga jest więcej to Twoja świadomość się z nim zlewa, bo nie za bardzo ma inne wyjście (gdzie się nie obejrzy, tam borg, więc trudno jest być od niego zupełnie odklejonym).

Rozwijający się Ludzie nagminnie wspominają o bloku plemiennym, choć często nie nazywają go w ten sposób. Mówią raczej o dezerterskich nastrojach, marazmie, zniechęceniu, bezsensie ciągłych zmian, którym nie ma końca oraz o tym, że „wyszedł ze mnie taki potwór, że nigdy się nie spodziewałem, że mogę taki być”… 

W specyficzny sposób też blok plemienny czują… Kiedy tylko myślą o zmianie, którą chcą wprowadzić w swoim życiu, to od razu czują lęk, ciężar, opór, brak pewności siebie i przytłoczenie beznadziejnością sytuacji. Wzmaga się ich frustracja i narasta wściekłość. Ta wściekłość zazwyczaj się rozrasta i włącza się nie tylko w sytuacji myślenia o zmianie, ale zaczyna dotyczyć zwyczajowych sytuacji typu: „rozbił się kubek, a ja już kipię i czuję, że cały świat jest przeciwko mnie”.

Znamienne dla bloku plemiennego jest to, że zazwyczaj wszystkie wewnętrzne ekscesy znikają, kiedy człowiek wybiera, że zostaje przy tym, co wcześniej i nie wprowadza zmiany. Przez to ludzie czują nie tylko wewnętrzną walkę, ale czują też, że dużo łatwiej się poddać i zostać tam, gdzie się było. Czasem wręcz sabotują swoje działania. Tak długo, jak o swoją zmianę walczą, tak długo czują ciężar, opór i przeszkody (bywa, że czują fizyczny ból lub zewnętrzne obciążenia, kiedy dookoła psują się różne rzeczy i relacje, a uwaga człowieka jest przykuwana do tego, czym trzeba się zająć na zewnątrz, a nie do wewnętrznej przemiany).

Obawiam się, że tak długo, jak człowiek borga w sobie hoduje, jego wewnętrzne zmagania nigdy nie zostawią go wygranym… Dlaczego? Ponieważ nawet, kiedy się podda i zostanie przy starym, to zaraz potem czuje się przegrany, wyprany z emocji, pozbawiony siły i pasji, kontrolowany przez coś / kogoś innego, niż os sam…

Ja rozumiem, że mimo trudności i uciążliwości tej wewnętrznej walki, czasem chciałoby się na luzie zrobić tak, jak na obrazku 😉

I choć obrazek jest z przymrużeniem oka, to zupełnie na serio: jeśli wewnętrzny konflikt (wynikający z bloku plemiennego) nie ma dobrego rozwiązania, to co zrobić?

Rozwiązania na 
blok plemienny

Najlepiej zintegrować w nas samych te wyparte części naszej świadomości, które – aby zrealizować swoją funkcję – musza uciekać się do „pomocy” borga. Wówczas potrzeba sięgania po borga i dawania mu zielonego światła (nawet nieświadomie) przestaje istnieć i zaczynamy funkcjonować harmonijniej. Bez uciekania się do epizodów „porwania” dominującej części naszej  śwaidomości przez świadomość borgową. 

Można też (poprzez uwolnienie się od konkretnych traum) nauczyć omnipotentną komórkę macierzystą, że borg to jednak sabotujące ciało obce, wówczas komórka sama się intruza pozbywa i nawet kiedy nasze ciało jest atakowane przez innego borga, komórka sobie z tym szybko radzi i nie pozwala się skolonizować – wie przed czym się bronić i skutecznie to robi. 

Jasne, że wspomaganie tego procesu różnymi specyfikami, czy ziołami, które usuwają grzyby może pomóc. Jednocześnie absolutnie odradzam walkę z borgiem tylko poprzez te fizyczne sposoby… 

Sama doświadczyłam tego, co dzieje się, kiedy ta gadzina się namnaża i nie życzę tego nikomu. Jest bardzo prawdopodobne, że kiedy sięgasz po fizyczne środki przeciwgrzybicze, to część z nich może nie zadziałać na borga, a w konsekwencji ich stosowania borg się broni i namnaża. 

Bywa, że jakieś alternatywne działanie zadziała. Z moich obserwacji wynika, że skutek tego jest chwilowy – borg na moment w komórce słabnie, ale później znowu ją kolonizuje, a podbijając nową ziemię obiecaną bierze ją w posiadanie namnażając się ile wlezie…. Skutki są opłakane i absolutnie nikomu ich nie życzę!

Jest jeszcze praktyka, która działa trochę, jak doraźna tabletka. Nie uwalnia Cię od borga, ale powoduje, że on się czuje bezpieczny i uspokojony, więc nie ma potrzeby się namnażać i zbytnio aktywizować. Jeśli zatem odczuwasz na własnej skórze skutki bloku plemiennego i z jakichś powodów nie chcesz sięgnąć po wewnętrzną wolność, to podaję Ci co zrobić, aby borga lekko uspokoić.

Po pierwsze przeskanuj swoje ciało w poszukiwaniu takiej energii, która w Tobie mieszka, a która nie jest Twoja i której nie podoba się to, że chcesz wprowadzić zmiany w swoim życiu. Możesz poczuć nacisk, pieczenie, ciężar, nudności. Możesz też zobaczyć coś co będzie przypominało ośmiornicę, pająka lub innego stwora. Możesz to czuć w sobie lub na zewnątrz / na skórze. Po prostu pozwól, żeby to coś Ci się pokazało w taki sposób, abyś wiedziała, że to to (jaką formę to dla Ciebie przybierze jest bez większego znaczenia).

Teraz wyciągnij całą tę odczutą energię razem z jej symptomami (np. nacisk, czy pieczenie) lub zauważoną postać na zewnątrz siebie tak, aby była ona przed Twoim splotem słonecznym.

Całą swoją świadomością zjeżdżasz do splotu słonecznego. Kiedy już tam jesteś wyobraź sobie, że robisz takie okrągłe okno, jak jest na statkach.

Następnie otwierasz stworzony wcześniej iluminator i pozwalasz, aby borg (w postaci energii, czy wyobrażonej postaci) w Ciebie wpłynął.

Kiedy tylko zaczyna dotykać Twojego ciała, Ty spokojnie oddychasz i generujesz światło i miłość. Ważne, że zasilasz światłem i miłością tylko siebie – karmisz światłem i miłością każdą komórkę Twojego ciała i absolutnie nie karmisz borga!

W tym czasie, kiedy Ty koncentrujesz się na oddechu i generowaniu światła i miłości, pozwalasz borgowi swobodnie przez Ciebie przepływać. Możesz mieć takie wrażenie, jakby od Twojego splotu słonecznego do pleców prowadziła rura, w której borg pływa w tę i z powrotem: od splotu, do pleców; od pleców do splotu i tak raz po raz…

Ważne, że podczas całej tej praktyki, Ty koncentrujesz się na sobie, oddechu, świetle i miłości. W żaden sposób nie obdarzasz uwagą przepływającego przez Ciebie borga (od tego zależy czas i skuteczność tej praktyki).

Robisz tak do momentu, aż będziesz miał całkowitą neutralność z tym, że borg w Tobie jest i sobie pływa oraz do momentu, aż poczujesz, że borg się rozleniwił (pływa wolniej lub zupełnie przystanął).

Powtarzasz tę praktykę za każdym razem, kiedy poczujesz objawy bloku plemiennego. Robisz ją kilka razy dziennie, aż do momentu, kiedy poczujesz się na dany moment od bloku plemiennego wolna.

Powodzenia 🙂

Mogą Cię także zainteresować:

Prezent dla Ciebie:

Pobierz Transformacyjne 500+

Poznaj najczęstsze programy, które Cię ograniczają w życiu, w rodzicielstwie, w karierze i w biznesie.

Świadomość przeszkód pozwala Ci łatwiej się od nich uwolnić!

Najnowsze wpisy:

Obejrzyj więcej:

1
1
2
2
3
3
4
4
5
5
6
6
7
7
8
8
9
9
10
10
11
11

Chwila refleksji?



Zapraszam Cię do zabawy otwierającej oczy z kartami Osho Zen :) Wylosowana karta, może pomóc Ci zobaczyć, co towarzyszy Ci obecnie w życiu (ogólnie lub w wybranym przez Ciebie temacie).

Oczywiście możesz powiedzieć, że opis kart pasuje do każdej sytuacji i każdego człowieka. Może i tak jest… Jednak refleksja nad tu i teraz jest Twoim wyborem, a wnioski są tylko i wyłącznie Twoje.

Zaufaj intuicji ;) i upewnij się, że nie wypierasz treści, których nie chcesz usłyszeć.

Posłuchaj podcasu:

Subskrybuj podcast:

O czym chcesz usłyszeć w podcaście lub przeczytać na blogu?

Jest coś, co chętnie zobaczysz opisane na blogu?

Ucieszysz się, kiedy w podcaście usłyszysz o czymś konkretnym?

Nic prostszego 😄

Napisz o tym czyżykowi i poczekaj chwilę na podcastową lub blogową odpowiedź 😘

Co mówią inni?

To jest zupełnie inna praca z traumami. Wspaniała metoda i wspaniałe narzędzia 💗 Dziękuję, że "zostałam doprowadzona" do tego miejsca, chociaż wydaje mi się, że to nie przypadek, bo "kiedy uczeń jest gotowy, to pojawia się nauczyciel". Wdzięczna jestem i cieszę się, że tu jestem 💗 💗 💗
Bożena Fizek
czyżyk, dałaś mi piekny prezent i dziś uświadomiłam sobie, jak ogromne zmiany u mnie nastały. Brawo MY. Bez Ciebie nie wyobrażam sobie, co bym dziś robiła (w tym stanie od którego zaczęłyśmy moja pracę). Życzę wszystkim, aby mieli odwagę Ci zaufać.
Magdalena Rozz
Bardzo wielu osobom reklamuję Ciebie! Mój mąż jest tak zachwycony tym, co widzi we mnie, że on nakłania swojego partnera biznesowego, żeby się do Ciebie zgłosił. Mówi, że nawet sam jest gotowy mu te sesje zamówić, żeby partner biznesowy się ze swoich traum wyleczył. Widząc we mnie taką zmianę, chciałby komuś innemu pomóc w taki sposób. Więc myślę, że we mnie jest bardzo widoczna zmiana nie tylko dla mnie, ale też dla mojego otoczenia. Czasem patrzę na siebie i myślę sobie "kurczę, kim jest ten Człowiek?" Ale ja lubię tego Człowieka, bo łatwo mi się teraz żyje po prostu.
Agnieszka Al-Rumaihi
Zdrowa Pełni z czyżykiem, ja Cię uwielbiam! Ledwo zaczęłam, a mam już poczucie, że idę do przodu!
Inga Wiśniewska
Czwartek 14 listopada 2019, 5:00 rano. Jadę na spotkanie wyzwania, które wywołuje we mnie emocje, ale nie jest to strach ani lęk, raczej ciekawość, jak będę reagować. Wysiadam na lotnisku w Bolonii i biorę taksówkę. Zbliżam się do miejsca przeznaczenia i nadal nie czuję nic. Może jestem już całkiem wyprana z emocji i straciłam te zdolności? No nic, na lotnisku podchodzę od razu do bramek i szybciutko załatwiłam check-in. Mam ponad godzinę czasu, więc z ogromną ciekawością przyglądałam się swoim reakcjom. Widzę lądujący samolot, ale nadal nic nie czuję. Podoba mi się to coraz bardziej. Może nie będzie już żadnych problemów przez cały lot? Ogłaszają otwarcie bramek… Robi mi się słabo i serduszko usiłuje walnąć mocniej, ale mu nie wychodzi. Przeszło. Check-in zrobiony i idę do wyjścia na płytę. Czuję się dobrze i spokojnie. Maszeruję do tylnego wejścia, bo tym razem kupiłam miejsce z tyłu i na przejściu. Siadam wygodnie i wciąż jestem spokojna. Kurcze! To jest mega! Siedzę w samolocie! Ruszamy… Jest OK. Dojechaliśmy do miejsca startu i ruszamy. Żywy ogień zalewa mi żyły. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. “Wiola! Zobacz, ci wszyscy ludzie są na pokładzie, tak samo jak ty.” Nie pomaga nic a nic. Zamykam oczy i opróżniam głowę ze wszelkich myśli. Krew stygnie, wraca na swoje miejsce i wraca spokój. To był najspokojniejszy lot w moim życiu i najszybszy. Wylądowaliśmy o 30 minut wcześniej, bo wiatr nas prowadził. 3 lutego niefortunne lądowanie uziemiło mnie skutecznie i byłam pewna, że na ewent pojadę pociągiem do Polski i nigdy więcej nie wsiądę do samolotu. Wystarczyły 2 miesiące pracy z Moniką i nie tylko wyrzuciła wszelkie traumy z mojego życia, ale wysprzątała go totalnie, robiąc miejsce na nowe, dobre rzeczy. Monika nie uzależnia od siebie ludzi, daje wsparcie i narzędzia. Co ja mówię, górę narzędzi do samodzielnego sprzątania życia. Praca z dobrym psychologiem przyspiesza i ułatwia wszystko, ale to musi być naprawdę dobry psycholog, a Monika warta jest każdej ceny. Ja mogę teraz skupić się na pracy, która teraz jeszcze bardziej mnie cieszy. I to nie jest zwykły psycholog tylko. Sesje z nią otwierają drzwi do nieprawdopodobnych, pozytywnych niespodzianek. To taka moja reklama dzisiaj. Bo dzięki Monice mogłam bezstresowo przylecieć do Polski na ewent i wrócić na pełne obroty, bo niemożliwość przemieszczania się, była dla mnie potężną blokadą. Więc jeśli ktoś ma potrzebę naprawienia pewnych aspektów swojego życia, szczerze polecam Monikę. Dzięki wielkie Monika. Za kilka dni wracam do Włoch
Wioleta Michalik

Pracuj z czyżykiem 1x1:

Weź kurs na Zdrową Pełnię:

Znasz Kogoś, na kim Ci zależy, a komu przyda się powyższa treść? Pokaż, że o tego Kogoś dbasz... że ciepło o Nim myślisz
i koniecznie udostępnij mu ten post :*

Co najważniejszego dla siebie znajdujesz w tym wpisie?
Co myślisz na jego temat?

Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Anka
Anka
Gość

Po przeczytaniu zastanawiam się, co myśleć o sytuacjach, jakie miałam kilka razy. Wybierałam się na konkretny warsztat pracy z ciałem, a w innym przypadku chciałam pojechać na wyprawę na Wschód. I w obu tych przypadkach nic nie szło zgodnie z planem.

Przed wyprawą kasa, jaką miałam dostać się spóźniała, więc nie opłaciłam wyjazdu w terminie i miejsce mi przepadło (a te wpłaty nigdy wcześniej się nie spóźniały). Jak już się zorientowałam, że mogę mieć obsuwę, to chciałam na dwa dni kasę od znajomych i rodziny pożyczyć, ale wszyscy mnie odwodzili od pomysłu wyjazdu. W jednej rozmowie nawet usłyszałam, że gdyby to było na inny cel, to bym dostała dwa razy tyle i nie musiała nawet zwracać, ale wydawanie takich pieniędzy na podróż do Indii i życie tam przez kilka miesięcy, to najgorszy z moich pomysłów. I jeszcze do tego usłyszałam, że nie zobaczę tej kasy nawet na dwa dni, bo to wszystko dla mojego dobra i w trosce o mnie. Szlag mnie wtedy trafił!

A w temacie tego wcześniej wspomnianego warsztatu, to też jakieś cuda się dookoła działy. Na tydzień przed jego rozpoczęciem ja się pochorowałam (i przy okazji pół rodziny). Czułam się tak paskudnie, że nie wierzyłam, że będę w stanie gdziekolwiek pojechać. Ale dwa dni przed terminem okazało się, że dam radę i już jest ze mną lepiej. Wtedy jak na komendę zaczęły się hurtowo psuć wszystkie rzeczy w domu. Kuchenka, która przestała działać, Pralka, która wylała (dobrze, że byłam w domu, bo inaczej byłoby nieciekawie). Szczytem wszystkiego było to, że pies zjadł jakiś plastik (co też jest jakaś abstrakcja, bo to mądre i wytresowane psisko i nigdy takiego numeru wcześniej nie zrobiło). I jakby tego wszystkiego było mało w dzień wyjazdu auto nie chciało odpalić. Miałam już dość i tylko napisałam smsa, że nie przyjadę na warsztat. Wkurzona poszłam spać, a jak wstałam to jakby wszystko samo się uspokoiło i wróciło do normy. Jakby nigdy problemów nie było.

Oczywiście ani na wypraiwe, ani na warsztacie ostatecznie nie byłam.

Wtedy myślałam, że to jakaś wiadomość od Uniwersum. Że wszytskie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że to głupi pomysł, więc szybko przebolałam (warsztat szybciej, niż wyprawę).

Ale teraz się zastanawiam, czy może był to opór czegoś we mnie (a nie mój!). I może to coś robiło wszystko, żebym ja się w tych miejscach nie znalazła…

Czy zdarzyły Ci się podobne przypadki? Inni tez tak mają?

Jak się teraz zastanowię, to podobnych sytuacji było więcej, ale te dwa zdarzenia były największe i pamiętam je najbardziej.

3 miesiące

21 000 zł

Każdego miesiąca dostajesz*

*dodatkowo

może się zdarzyć, że w Twojej indywidualnej sytuacji będziesz potrzebować:

  • dostepu do materiałów merytorycznych z zakresu zmiany życiowej, jakiej chcesz dla siebie dokonać, lub
  • grupowych spotkań implementacyjnych.

Jeśli podczas spotkania strategiczno-rozpoznawczego z czyżykiem, okaże się, że te działania są dla Ciebie ważne i Tobie potrzebne, to zakres Twojego 3-miesięcznego pakietu (i jego cena) mogą się zmienić. 

Ustalisz to wówczas indywidualnie z czyżykiem. 

Biznes i moja praca to pasmo sukcesów, ale niszczę wszystko, czego się dotknę prywatnie...

Stres i ogromna odpowiedzialność są wpisane w moje codzienne funkcjonowanie. Podejmuję decyzje, od których zależą życia Ludzi. Każda moja decyzja to także ogromne pieniądze. Nic dziwnego, że ryzyko, stres i odpowiedzialność, to mój chleb powszedni. Niewiele jednak osób to rozumie… 

Im dalej jestem w tej drodze, tym bardziej samotna jestem. Na nikim tak naprawdę nie mogę polegać i jestem zdana sama na siebie. Ludzie, którzy mnie otaczają, ode mnie zależą, ale też na każdym kroku mnie oceniają. Niektórzy tylko czekają, aż powinie mi się noga. Są tacy, którzy by się nawet z tego ucieszyli. Nie mogę sobie na to pozwolić. Przed innymi muszę trzymać fason – muszą być przekonani, że jestem najlepsza w tym, co robię; że jestem najlepszym wyborem…

Nie mogę okazać słabości. Muszę na co dzień walczyć. Muszę być twarda. I taka jestem. Świetnie mi to wychodzi i w biznesie się nie tylko sprawdza, ale też opłaca. Niestety w życiu prywatnym skazuje mnie to na jeszcze większą samotność i niezrozumienie. Nie ma znaczenia, czy z kimś jestem, czy nie, bo prywatnie i tak jestem sama…

Perfekcjonizm mnie ogranicza...

Wiem, że mam duży potencjał. Mogłabym odnieść sukces i dużo dobrego zrobić… Ale cały czas nie mogę wyjść poza myśli i planowanie :( Boję się popełnić jakikolwiek błąd. Planuję ponad miarę i zanim zacznę działać, to muszę być na wszystko przygotowana. Muszę znać odpowiedzi na wszystkie potencjalne pytania. To mnie zatrzymuje w miejscu. 

Innym mówię, że jestem perfekcjonistką, ale prawda jest taka, że po prostu utknęłam. Zazdroszczę tym, którzy potrafią iść na żywioł. Też bym tak chciała! Niestety już widzę, co się stanie, gdybym się odważyła… Wówczas byłoby widać czarno na białym, że nie pasuję do innych. Ludzie by w końcu się na mnie poznali… Już słyszę, jakby sobie wówczas na mnie używali… więc siedzę, jak mysz pod miotłą i nie ryzykuję.

Jednak cokolwiek zrobię (lub czegokolwiek nie zrobię) cały czas towarzyszy mi poczucie, że odstaję od reszty. Ludzie obserwują, że jestem inna i nie akceptują mnie takiej. Nawet jeśli na zewnątrz nie widać różnicy… nawet jeśli ktoś mnie poklepie po ramieniu i powie „nie przesadzaj; zupełnie nie wiem, o czym mówisz”, to ja i tak wiem… Wiem, co Ludzie myślą i mówią za moimi plecami. Przez to muszę starać się o wiele bardziej niż inni, żeby mnie zaakceptowano. Muszę dawać z siebie wszystko, żeby moja praca się spodobała; żeby zyskała uznanie. A nie jest łatwo!

Rozwijam się i sięgam po różne metody, ale jak zrobię dwa kroki do przodu, to zaraz robię 3 do tyłu...

Od długiego czasu się rozwijam i nad sobą pracuję… mam jednak poczucie, że to jakaś karkołomna ścieżka. Jasne, że widzę zmiany. Dużo też ze sobą robię, aby te zmiany były. 

Doświadczyłam wielu pięknych momentów w tej mojej wędrówce i jestem za nie wdzięczna. Jednak przeszkadza mi, że za każdym razem, jak czuję przełom… jak doświadczam prawdziwej zmiany… jak robię dwa duże kroki do przodu i oddycham pełną piersią, to zaraz robię cztery do tyłu i znowu ląduję na czterech literach. 

Taka huśtawka ciągnie się od kiedy pamiętam. Jakby mnie coś trzymało. Jakby coś nie chciało mnie puścić. Jakby coś celowo podcinało mi skrzydła. Najwyższy czas się od tego uwolnić, bo inaczej nigdy nie wypłynę na naprawdę szerokie wody!

Jestem pewna, że największą przeszkodą dla mojego sukcesu, jestem ja sama... :(

Logicznie wiem, że mam sporo do zaoferowania sobie, innym i Światu. Wiem, że jestem inteligentna. Wiem, że potrafię być atrakcyjna. Wiem, że jestem wystarczająca. Wiem, że mogę odnieść sukces… 

Jak się postaram, to nawet znajduję w swoim życiu szereg dowodów na to wszystko. Ba, nawet jak się nie staram, to mam w swoim otoczeniu Ludzi, którzy mi zazdroszczą i mówią o mnie w superlatywach!

Tym bardziej wkurzający jest ten upierdliwy głos w głowie, który wie, co i jak podszepnąć, żeby mi aż w pięty poszło :( 

Najgorsze jest to, że jak nie uważam i w porę tego nie wychwycę, to rzeczywiście czuję się gorsza, głupia, niewystarczająca, niegodna kochania i niezasługująca na pełnię sukcesu. W takich chwilach, kiedy słyszę czyżykowe: „żyj życiem, które kochasz, w którym kochasz i które naprawdę ma znaczenie” zwyczajnie nie wierzę, że to jest dla mnie możliwe.

Jeszcze gorsze jest to, że jeśli w porę siebie w tych negatywach nie zatrzymam, to ani się nie spostrzegę, a już sabotuję samą siebie!

Chcę w końcu – całkowicie spójnie ze sobą – czuć, że siebie kocham i jestem wystarczająca. Zamiasst tylko o tym wiedzieć i musieć sobie o tym co rusz przypominać…

Patrzę na szczęśliwe pary dookoła, a ja znam tylko samotność...

Czasem mam wrażenie, jakby życie działo się gdzieś tam za szybą, a ja je tylko obserwuję. Ludzie są niby dookoła, ale tak daleko ode mnie… Doświadczenia, jakie mam w obszarze budowania związku, czy ważnej dla mnie relacji, są tak nikłe lub tak nieudane, że nie ma sensu ich nawet przywoływać… Po co się dołować? 

Czasem myślę, że ja po prostu nie umiem kochać :( i nie ma się co dziwić Ludziom, którzy to widzą i nie chcą ze mną być. A innym razem już naprawdę nie wiem, o co chodzi i jak to jest, że im bardziej się staram, tym przepaść między mną, a tym drugim Kimś jest coraz większa. 

Zauważam w sobie „głos”, który na różne sposoby szepcze mi, że związek nie ma sensu… że Ludzie w związkach się tylko krzywdzą… że lepiej być samą, niż użerać się z kimś… że związek mnie ograniczy i że stracę prawdziwą siebie w takiej relacji… 

I ja to wszystko rozumiem, ale wciąż jakaś część mnie chciałaby po prostu kochać i być kochaną. To wewnętrzne rozdarcie mnie paraliżuje :( Czy to kiedykolwiek będzie łatwiejsze? 

Jestem magnesem na niewłaściwych partnerów...

Już tyle razy się sparzyłam, ze aż szkoda wyliczać :(

 

Powinnam się już dawno temu nauczyć rozpoznawać facetów, którzy złamią mi serce, ale nie… Za każdym razem wydaje się, że to ten jedyny. Znowu mam motyle w brzuchu, oczy mi się świecą, a serce topnieje. I jak na niego patrzę, to mam ochotę się z nim zestarzeć…

 

A później okazuje się, że miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

 

Ileż można?!

 

Nawet, jak się zabezpieczam… trzymam dystans, sprawdzam, dopytuję, żeby znowu nie popełnić tych samych błędów, to jakoś tak się okazuje, że coś przeoczyłam :(

 

Chciałabym stworzyć związek oparty na szacunku, miłości, wspólnych celach i zaangażowaniu, ale trafiam zawsze na kogoś, kto ma inną wizję :( A najgorsze jest to, że szydło z worka wychodzi po jakimś czasie, kiedy ja już się zaangażuję i dużo z siebie dam.

 

Zaczynam myśleć, że na świecie chyba nie ma normalnych facetów. Już naprawdę brak mi sił, aby powtarzać taki scenariusz po raz kolejny :( Jednak wiem, że jak teraz z tym czegoś nie zrobię, to może być jeszcze gorzej…

Kocham i chcę ratować, ale serce mi pęka, bo mój związek i moja rodzina się rozpadają...

Tęsknię za tym, co mieliśmy kiedyś… Nie wiem, gdzie to zgubiliśmy i chyba nie bardzo umiem to odzyskać :( Próbowałam już różnych sposobów i albo jest lepiej na chwilkę, po czym znowu przychodzi krach, albo już na stracie moje starania okazują się być poronionym pomysłem :( 

Jak to się stało, że przestałam mu wystarczać? Już naprawdę nie wiem, jaka mam być, żeby on chciał ze mną zostać i naprawić to, co nam jeszcze zostało… A ja go naprawdę kocham! I nie wyobrażam sobie życia bez niego! Nie wiem, co będzie, jak go stracę… jak będę sama :(

 Nie mówiąc już o tym, że nie wiem, jak powiem o tym innym :( Kim ja w ogóle bez niego będę?

Moje dzieci są dla mnie najważniejsze, ale się z nimi rozmijam...

Tak naprawdę wcale ich nie znam (a one nie znają mnie). To smutne, bo ja naprawdę kocham moje Dzieci… tylko jakoś tak… od jakiegoś czasu… nadajemy na innych falach… 

One nie rozumieją, że ja to wszystko robię dla nich… Przecież musimy za coś żyć… muszę mieć za co zapłacić za ich dodatkowe zajęcia… A one wcale mi tego nie ułatwiają! Zupełnie nie widzą, jak się dla nich staram. Byłoby idealnie, gdyby bardziej się słuchały, więcej zaangażowania wkładały w swoje obowiązki, umiały się bardziej twórczo i konstruktywnie zająć sobą… 

Ale, jak to w życiu, idealnie nie jest :( A ja nie wiem, jak mam do nich dotrzeć :( Czasem tracę cierpliwość. Szczególnie, jak widzę ich miny… jak słyszę półsłówka i ciągłe niezadowolenie… jak ich niewdzięczność razi mnie po oczach… Tak, wówczas tracę cierpliwość. Czasem wybucham i… wcale tego nie chcę :( 

Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej odzywa się we mnie świadomość, że jestem złą matką. Nie opiekuję się nimi tak, jak powinnam. Nie daję im dobrego przykładu :( Mają ze mną gorszy start, niż mogłyby mieć :( Gdzieś tam, bardzo głęboko, wiem, że mimo ogromnych starań, krzywdzę moje własne Dzieci. Dzieci, które kocham najbardziej na świecie :( 

Zawodowo pomagam innym, ale zarabiam dużo mniej, niż bym chciała...

Założyłam swój pomocowy biznes, bo nie chciałam mieć szefa, który by mi mówił co mam robić. Chciałam sama być dla siebie szefem. Chciałam być niezależna. Chciałam mieć wolność: finansową i wolność wyboru z kim, gdzie, jak i jak długo pracuję. 

Wiem też, że mam dużo do zaoferowania innym i Światu. Chciałam w pełni rozwinąć skrzydła i tworzyć piękną zmianę pomagając Ludziom. Dlatego otworzyłam swoją firmę i… miało być pięknie. Marzenia i ideały sięgały zenitu, a później aż huknęło, gdy grzmotnęły o glebę i roztrzaskały się na miliony kawałeczków :( 

A ja jak ten Kopciuszek zbieram odrobinki i próbuję je posklejać. Jestem przepracowana i przemęczona. Żeby wszystko ogarnąć pracuję ponad siły :( Mało śpię. Nieregularnie (i niezbyt zdrowo) jem. Im więcej pracuję, tym więcej jest do zrobienia, a efekty z tego są mizerne. 

Moja firma miała być moim wybawieniem, a tymczasem stała się moim więzieniem! Pracuję więcej, niż jakikolwiek szef, w jakiejkolwiek pracy, kiedykolwiek by ode mnie wymagał, a moje profity w żaden sposób tego nie odzwierciedlają :(

Tymczasem wiem, że innym się udaje. Nawet tym, którzy mają mniejsze kwalifikacje, niż ja. A przecież jestem inteligentna! Wiem, że można, tylko, że mi akurat to nie wychodzi. Mam już tego serdecznie dość. Albo coś zmienię, albo nie tylko będę wyglądać, ale stanę się wrakiem Człowieka… 

Mam wiedzę i doświadczenie, ale pracuję dla i na kogoś, zamiast rozwinąć swój biznes​...

Od zawsze mówię NIE przeciętności! Jestem dobra w tym, co robię. Mam doświadczenie i jestem ekspertem z prawdziwego zdarzenia… 

Jednocześnie praca dla kogoś i na kogoś mnie powoli wykańcza. Jestem stworzona do czegoś większego! Czy wrażenie, jakie zrobiła moja kreacja na firmowej imprezie, to naprawdę wszystko, o czym Ludzie będą mówić, kiedy o mnie pomyślą?!

Od czasu do czasu myślę o własnym biznesie, ale tyle rzeczy może pójść nie tak… tyle mogę stracić… że na myśleniu (od kilku lat!) się kończy :(

Jednocześnie Ludzie dookoła powtarzają, że jestem szczęściarą i że mi zazdroszczą… I jak się dobrze zastanowić, to nie mam przecież na co narzekać. Moja praca daje mi pieniądze i stabilność… więc z uśmiechem numer 4 odpowiadam, że lubię moją pracę.

A później patrzę w lustro i widzę w nim największą, paskudną HIPOKRYTKĘ :(

I czasem się zastanawiam: czy aż tak bardzo zależy mi na przypodobaniu się innym i na spełnieniu ich oczekiwań, że nawet wprost nie potrafię powiedzieć, że nie znoszę tej pracy? Że gdybym tylko wiedziała, jak to zrobić bezpiecznie, to zarabiałabym krocie na swojej wiedzy i ekspertyzie. Spełniałabym się w tym co kocham i robiłabym to na własnych warunkach! 

Kiedy oczekujesz cudów, to proponuję, żebyś od razu zwróciła się do jakiegoś uzdrowiciela, szamana lub do pierwszej parafii w Twojej okolicy. Pracując ze mną świadomie budujesz dla siebie zmianę. Uwalniasz się od coraz głębszych obciążeń – warstwa po warstwie – aż w końcu(!) możesz powiedzieć, że żyjesz życiem, które kochasz, w którym kochasz i które ma znaczenie :D 

I żeby było jasne: stoi za Tym sporo Twojej (i mojej) pracy. Nie dzieje się to (i nie stanie się to) w ułamku sekundy! I nie zdarzy się to bez Twojego zaangażowania!

Nie jestem ani lekarzem, ani uzdrowicielem, ani nie mam dużego doświadczenia w leczeniu chorób. 

Dlatego – jeśli oczekujesz uzdrowienia konkretnych chorób, z którymi się mierzysz – to potrzebujesz poszukać kogoś innego, kto Ci w tym rzetelnie i kompetentnie pomoże.

Dla jasności: pracowałam już z osobami, które uznały, że mogą „zrobić sesję” i zaangażować się na dwie godziny, ale później w życiu ma się już samo dziać… z Ludźmi o podejściu: to powiedz mi, co mam zrobić i niech mi się podniesie jakość życia…

Czy przy takim podejściu w Twoim życiu coś się zmieni? Zmieni się. Jest jednak spora szansa, że nawet tego nie zauważysz. A jeszcze większa, że Twoja frustracja urośnie do potęgi entej. Nie mówiąc już o tym, że prezentując takie podejście, oddajesz moc i odpowiedzialność za proces komuś innemu (mi, losowi, zewnętrznym warunkom… etc.).

Proces Twojej przemiany i transformacji Twojego życia wymaga od Ciebie uważności. Wymaga koncentrowania się na tym, co już się zmieniło i przytomnego śledzenia tego, co jeszcze pozostało (tak, abyś mogła się od tego uwolnić w kolejnym podejściu). Wymaga od Ciebie świadomego wzięcia odpowiedzialności.

Jeśli masz inny pomysł na swoją transformację, to poszukaj innego przewodnika.

Szczerze pisząc nie bardzo mnie interesuje, ile wiesz… Interesuje mnie, czy żyjesz życiem, które kochasz, w którym kochasz i które ma znaczenie. Jeśli tak i przy tym dużo wiesz, to SUPER :) W takim przypadku zupełnie nie potrzebujesz mojej pomocy :D 

Jeśli nie, a już tak dużo wiesz, to znaczy, że albo wiesz, nie to, co trzeba, albo wiesz tylko o wierzchołku góry lodowej, albo masz w sobie tak dużo blokad, że bez względu na to, jak dużo jeszcze się dowiesz i tak z miejsca nie ruszysz. 

Dlatego, jeśli jesteś przywiązana do swojej wiedzy, jeśli szukasz ścieżek jedynie dla jej potwierdzenia, lub poszerzenia, to praca ze mną nie jest dla Ciebie. 

Jest bardzo prawdopodobne, że uwalniając się od obciążeń z wykorzystaniem narzędzi Zdrowej Pełni, zauważysz, że „wiedza”, którą do tej pory obrastałaś tylko Cię więziła. Zanim się zdecydujesz do mnie zapukać, potrzebujesz wziąć to pod uwagę.

Zazwyczaj pracuję z Ludźmi, którzy osiągnęli swoją finansową wolność i satysfakcję, po czym zauważyli, że pieniądze w życiu jednak szczęścia nie dają. Nie zapełniają też pustki, którą Ludzie w sobie noszą. I same z siebie nie sprawiają, że ktoś jest bogaty.

Pracuję też z Ludźmi, którzy zarabiając dla siebie OK, są jednocześnie gotowi w siebie i w swoją transformację zainwestować, bo wiedzą, że już dłużej tak nie może być, jak jest na co dzień. Wiedzą, że chcą czegoś więcej.

 

Jeśli jednak obecnie mierzysz się z tak dużymi trudnościami finansowymi, że musiałabyś wybierać pomiędzy podstawowymi potrzebami, a Zdrową Pełnią, to… wybierz zaspokojenie podstawowych potrzeb.

W zdecydowanej większości przypadków, Ludzie, którzy znaleźli się w takim momencie życia, mają w sobie aktywne ogromne blokady i mają ich zazwyczaj bardzo dużo. A to oznacza, że zmiana, której potrzebują nie zdarzy się w trakcie jednej, czy nawet 3 sesji…

Taka zmiana będzie połączona z poważną inwestycją i sporym zaangażowaniem. Jeśli teraz jesteś w takim miejscu życia, to zadbaj o swoje podstawowe potrzeby.

Nie zawsze miło będzie. Po pierwsze, czyżyk od czasu do czasu specjalnie będzie Cię „głaskać pod włos” ;) To może być wyzwanie… i może Cię trigerować! I będzie się tak działo za każdym razem, kiedy pozwoli Ci to wyjść z zastoju, by zauważyć, co potrzebujesz zmienić, by zacząć skutecznie działać.

Po drugie kiedy będziesz pracować z traumami – na etapie ich uświadomienia i w momencie, kiedy wciąż będą aktywne – możesz poczuć ich impakt i mogą zalewać Cię trudne emocje.

Po trzecie, kiedy uwolnisz się od jakiejś warstwy obciążających programów, to jest spora szansa, że dojdą do głosu takie, o których wcześniej nie wiedziałaś… które były zapisane głębiej… z którymi do tej pory nie miałaś, ani ochoty, ani siły, ani narzędzia, by się skonfrontować. 

Oczywiście, to się nie musi zdarzyć, ale bywa, że się zdarza. I wiesz co?

Wówczas nie jest miło. Jest pouczająco. Jest odkrywczo. Jest transformacyjnie, ale nie jest miło.

Każdy z kolejnych programów, które będą się uaktywniać i zbierać żniwo w Twoim życiu, możesz zaadresować w swoim indywidualnym planie transformacyjnym lub w programie grupowym „Moja Droga do Zdrowej Pełni” i oczywiście możesz się od niego uwolnić. Jednak dopóki będzie aktywny, dopóty miło nie będzie.

Nie mam ochoty pracować z Ludźmi, którzy koncentrują się na szukaniu winnych i wymówek. 

Jeśli należysz do tych osób (wątpię, skoro jesteś na tej stronie, ale na wszelki wypadek, jeśli…), to odpuść sobie kontakt ze mną. 

Oszczędzisz tym i sobie, i mi sporo czasu i zachodu.

Jeśli lubisz życiowo wchodzić w rolę ofiary i pokazywać wszem i wobec, jaka to jesteś biedna, skrzywdzona, zagubiona etc…

Jeśli masz korzyści z tego, że inni się nad Tobą litują; że Ci współczują…

 

Jeśli chcesz, by tak zostało i zamierzasz udowodnić (na świadomym, czy nieświadomym poziomie – nieważne), że akurat Ty masz w życiu tak źle, że nawet tak silne narzędzia, jak Zdrowa Pełnia i uzdrowienie pamięci komórkowej, Tobie nie pomagają…  

To praca ze mną jest BARDZO NIE DLA CIEBIE. I od razu sobie ją odpuść.

Aby w pełni skorzystać z narzędzi Zdrowej Pełni (również w pracy indywidualnej z czyżykiem) potrzebujesz dobrze czuć swoje ciało. Potrzebujesz czuć fizyczne objawy pochodzące z ciała, a także różnicować zmiany w tych objawach.

W obecnych czasach wiele obciążeń, które Ludzie w sobie noszą, część leków, a także chorób fizycznych uniemożliwia dobre czucie swojego ciała i pełne “bycie w ciele”.

Jeśli potrzebujesz sprawdzić, na ile “w ciele jesteś” i w związku z tym, jak łatwo przychodzi Ci praca narzędziami Zdrowej Pełni, to najlepiej zapisz się na darmowy kurs demo o uwalnianiu się od traumy pokoleniowej. Wszystkie zawarte w nim ćwiczenia wymagają czucia swojego ciała, więc będzie Ci łatwo sprawdzić, jak dobrze Ci to idzie ;)

2
0
Ciekawi mnie, co myślisz na temat artykułu i zawartych w nim treści... Zostaw swój komentarzx